niedziela, 12 września 2021

Duforspitze, góra która pokiwała nam palcem.

Duforspitze w chmurach


Buongiorno.

Ciao amici.

Svizerra. Duforspitze. Najwyższy szczyt Szwajcarii. Potężny masyw Monte Rosa. 

Schronisko Monte Rosa Hut. Drugi co do wysokości szczyt w Alpach. Poważna przygoda alpejska. Jedna z najdłuższych wypraw szczytowych w Alpach (ze schroniska na szczyt ok. 12h), zawiera wszystko co najlepsze: poważny lodowiec, strome flanki śnieżno-lodowe, eksponowana grań. Dwójkowe trudności. Wyjazd wymagający od wspinaczy dobrej kondycji i umiejętności poruszania się w ekspozycji. I gruby portfel ze względu na bardzo wysokie ceny obowiązujące w tym pięknym kraju. 

Szczyt nie został zdobyty. Uprzedzę fakty. I złożyło się na to kilka elementów. Ale o niepowodzeniach może później. 


po prawej stronie masyw 

wielkie szczeliny na lodowcu


Wyjazd ze względu na pandemię i moją zmianę płacę planowany był dość szybko. Zapragnęliśmy wejścia na najwyższy szczyt wykorzystując to co wypracowaliśmy wspólnie w ciągu ostatnich dwóch lat, penetrując sąsiadujące po stronie włoskiej czterotysięczniki. Czy mieliśmy prawo sądzić że wejście na szczyt może się nie udać? Z mojej perspektywy o naszym niepowodzeniu zaważył aspekt mentalny i brak obycia jednak z ciężkimi warunkami w górze. A takie napotkaliśmy. Moim zdaniem podeszliśmy do Duforspitze 4634 m.n.p.m., zbyt optymistycznie. Zabrakło przygotowania technicznego. Poważna góra, niepoważne podejście do treningu wspinaczkowego. Bazując na przygotowaniu fizycznym nie da się wejść na techniczny wierzchołek. Poza tym zmienił się nam partner trójkowy. Wypadł Ninja, nie podejmując wyzwania, a zaproszenie otrzymał Wojtek, wieloletni kolega Ręki, który zresztą na tym szczycie już był. Miał być dla nas wsparciem i mocnym zdecydowanie punktem naszej ekipy. A właśnie, skład zespołu alpejskiego stanowili Ręka, Wojtek i ja. Poprzednie dwa włoskie wyjazdy były dobrze przygotowane pod kątem naszych umiejętności a i nasze przygotowanie i techniczne pozwoliły na zdobycie w dobrym stylu kilku czterotysięczników. Może stąd ten nasz entuzjazm. Trudnością tej góry jest fakt że do pokonania mamy prawie 2 km podejścia od schroniska na szczyt. W dobrym stylu sprawny zespół potrzebuje na zrobienie tego od 10 do 14h. Tak. Tak. Kawał porządnej, alpejskiej roboty. Jeżeli chodzi o przygotowanie techniczne do wspinaczki ja sam w pandemii byłem kilka razy w Sokolikach. Zdecydowanie za mało. Z tego co wiem Ręka w tym kierunku nie zrobił nic. Wojtek kiedyś bywał w górach po klika razy w roku i czy mieliśmy prawo wejść na szczyt? Nie. Może, gdyby pogoda była bardziej łaskawa, łut szczęścia. 


głęboka szczelina

i kolejna

i Matterhorn


Góra udzieliła mi wielkiej pokory. I pokiwała palcem. Ostrzegając. Inaczej planuj tego typu wyjazdy. I jeszcze jedna sprawa. Absolutnie nie mam pretensji ani do Ręki i tym bardziej do Wojtka. Mam pretensje chyba największe do siebie. Najważniejszy jest fakt że wnioski zostały wyciągnięte. Wycof niecałe 300 metrów przed szczytem zdarzył się już niejednemu. Zdrowy rozsądek i podjęcie trudnej decyzji poszło idealnie w parze. Oczywiście, po powrocie do schroniska i obserwując sam szczyt zastanawialiśmy się wspólnie czy to była dobra decyzja. Ale jak to powiedział jeden z przewodników którego mijaliśmy na zejściu, warunki pogodowe na górze były ekstremalnie trudne i nasza decyzja była jak najbardziej słuszna. Większość zespołów albo nie weszła w ogóle lub też wycofała się z przedwierzchołka. Ale były też tacy którzy weszli nie tylko na Dufor ale też na sąsiedni Nordend 4609 m.n.p.m. Piękna sprawa. 


masyw Monte Rosa

Monte Rosa massif

Matterhorn


Tyle wniosków o tym co nie udane. 

Słów kilka o dojeździe i kwestiach noclegowo-bytowych. Wyjazd zaplanowaliśmy na środę i mając na uwadze wysokość podejścia na szczyt zaplanowaliśmy pobyt w sumie do soboty w Szwajcarii. Gdyż, środa to transfer do Zermatt. Czwartek - transfer w okolice schroniska Monte Rosa Hut 2795 m.n.p.m. i ewentualne wejście aklimatyzacyjne. Piątek - atak szczytowy. Sobota to zejście do Zermatt i transfer do Polski. Pierwszy nocleg w Zermatt na campingu pod namiotami. A dalej to bajeczne, zjawiskowe kontemplacje lodowca. I sąsiadujących wokół masywu szczytów. 


Lyskamm

trawers 


Kilka słów o samym schronisku. Jest to zjawiskowy, futurystyczny budynek, postawiony na nowo w 2013 roku. Moim zdaniem arcydzieło. W środku wszystko w drewnie. Pięknie przygotowane pokoje i jadalnia. A sanitariaty to absolutny hit. W którym naszym schronisku widzieliście w kabinach wc patyczki zapachowe. I mnóstwo białego papieru. I czystość taka że z podłogi można jeść. Cudo.

Ale za tym idzie cena. 94 franki za dobę w pokoju ze śniadaniem i obiady-kolacją. 7 franków piwo. Kartka pocztowa - 11 franków. W kilku miejscach wiszą piękne obrazy alpejskich szczytów w cenach między 1600-2000 franków. Luksus na który stać szwajcarów, holendrów. Nawet poznani przez nas Szkoci stwierdzili że jest tu kurewsko drogo. Poza bazą wypadową na Duforspitze, z tego schroniska można również próbować dojść na dobrze nam znany lodowiec Lisjoch, i wejść na Parrotspitze, Signalkuppe. Szczyty dobrze nam znane.


udogodnienia w drodze do schroniska

udogodnienia w drodze ze schroniska


Ogrom lodowca jest oszałamiający. Jak dostać się z Zermatt w okolice schroniska? Trekking to jedno, tańsze ale za to dłuższe rozwiązanie. Większość wybiera opcję z wykorzystaniem kolejki na Gornegrat. To najwyższa europejska kolejka zębata na otwartym powietrzu, w pełni zelektryfikowana która dociera na wysokość 3089 m.n.p.m. Droga jak jasna cholera. Ale słuchajcie, widok z jej okien bezcenny. A w momencie kiedy naszym oczom ukazuje się jego wysokość Matterhorn wszystko staje się jasne. Szczęka zbierana jest z podłogi długi czas. My również wybraliśmy tą opcję. Raz się żyje. 

Kolejna element alpejskiej układanki to w jaki sposób docieramy w okolice schroniska? 

Po wyjściu z wagoników kolejki udajemy się na platformę widokową z której rozpościera się na wielki masyw Monte Rosa, Duforspitze, sąsiadujące z nim Lyskamm, Castor, Pollux no i Matterhorn. Można by rzec że rozbijamy obóz w tym miejscu i do szczęścia nic więcej nie jest potrzebne. 


ponownie Lyskamm


Schodzimy czerwonym szlakiem do drogi w którym trasa rozchodzi się na dwa kierunki, oznakowane niebieskim szlakiem. Jak się później okaże w drodze do schroniska pokonywaliśmy nową drogę, a w drodze powrotnej mieliśmy się okazję zapoznać ze starą drogą która kiedyś prowadziła do i ze schroniska. Wchodząc na lodowiec poruszaliśmy się wzdłuż tyczek, nie zakładaliśmy jednak raków ponieważ większość lodowca pokrywała warstwa czarnej szlaki. Dopiero po dość długim podejściu na czoło lodowca przed nami ukazał się lodowiec, porozrywany przez wielkie szczeliny, a tyczki stanowiły istny labirynt i postanowiliśmy że dla bezpieczeństwa tym razem raki już założymy. Było zdecydowanie pewniej i łatwiej. Kawałek drogi który pozwolił podnieść nieco tętno. A później to już tylko kamienie i płyty. Docieramy do schroniska. Słońce grzeje. Postanawiamy chwilę odpocząć i później spróbować znaleźć właściwą drogę prowadzącą do czoła lodowca, a przy okazji złapać trochę aklimatyzacji. Ja osobiście czułem się bardzo dobrze a zważywszy na fakt że zaraz przed wyjazdem oddałem 450 ml krwi miałem prawo czuć pewien niepokój co do mojej formy. I jeszcze jedna kwestia. W drodze do Zermatt pokonywaliśmy dwie wielkie przełęcze. Jedna z nich położona na wysokości naszych Rysów czyli około 2500 m.n.p.m., na którą dojazd wiedzie niezliczoną ilością zakrętów. I niby nic wielkiego. Ale zważywszy na fakt, że nieco wcześniej zjedliśmy kolację, gdy zjeżdżając z przełęczy Furka Pass, już jako pasażer pierwszy raz w życiu musiałem awaryjnie oddać to wszystko co wcześniej zjadłem. W iście filmowym stylu. Także miałem pewne objawy co do mojej dyspozycji. 


wybór nieoczywisty

ponownie Duforspitze w chmurach


Wyjście aklimatyzacyjne okazało się strzałem w dziesiątkę. Podeszliśmy wysoko lecz jak się okaże pokonywaliśmy trasę która wiedzie na lodowiec Lisjoch znajdujący się po włoskiej już stronie. Dopiero schodząc zauważyliśmy czerwone tyczki które jak się później okaże doprowadzą nas do czoła lodowca. Przyznam się szczerze że jedna kwestia zaczęła mnie martwić. Tempo podejścia i zejścia Wojtka. Próbowałem się uspokajać. 


industrialne schronisko


Śniadanie zamówiliśmy na 2.30. Położyliśmy się wcześniej spać, wcześniej wszystko sobie do wyjścia przygotowując. 


wędrowcy


I nastąpił dzień walki. Śniadanie smaczne, owsiankowo, miodowo dżemowe. Kawa. Napełniamy remisy gorącą herbatą. I ruszamy. Wychodzimy jako jedna z wielu ekip. Przed nami pędzą przewodnicy z klientami. Zapominam kijów. Chłopaki idą z przodu. Podkręcam delikatnie tempo. Jest kilka minut po 3. Za mną widzę ślady czołówek. Przede mną również migoczą białe światła. Doganiam chłopaków w środkowej części kam pienistego podejścia. Obok nas Szkoci, ekipa słowacka i chyba holenderska. Dochodzimy do czoła lodowca. Raki na buty. Wiążemy się liną. Ruszamy. Przewodnicy szybko znikają przed nami. Giną też ślady. Dochodzimy do pierwszego pola szczelin i delikatnie błądzimy. Ja prowadzę. Szukam właściwej drogi. Kilka metrów od nas po prawej stronie Szkoci odnajdują właściwy track. Ruszamy obok nich. Przed nami mozolne, nudne jak flaki z olejem podejście. Tempo całkiem niezłe. Równe. Miarowe. Delikatnie zaczyna wiać. Rotujemy się z pozostałymi ekipami. Musimy pamiętać że przed nami naprawdę kawał długiego podejścia. KIedy powoli wstaje słońce, zaczyna wiać mocno i z miejsca robi się zimniej. Zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Palce kostnieją. Spada nam tempo. Zatrzymujemy się coraz częściej. Wojtek nie wygląda najlepiej. Przy kolejnym postoju Wojtek jest blady jak ściana. Zapada trudna decyzja.


Lyskamm w chmurach


Odwiązujemy się. Wojtek ma zejść do czoła lodowca w miejscu gdzie zaczynają się szczeliny i tam w promieniach słonecznych czekać na nas. Dla nas to trudne chwile. Sztuka chodzenia po lodowcu mówi wyraźnie że w zespole dwójkowym nie powinno się tego robić. My z Ręką wiążemy się na nowo i postanawiamy spróbować wejść na szczyt. Jest coraz zimniej. Tempo podejścia świetne. Nastromienie w granicach 60 stopni. Dochodzimy do kopuły przedszczytowej ograniczonej jeszcze pokonaniem dużej szczeliny. Naszym oczom ukazują się sylwetki wspinaczy którzy na linach dokonują zjazdów z okolic przedwierzchołka. Wieje. Zaczyna dygotać mi prawa noga, nie wiem czy z zimna czy ze strachu. Podczas podejścia szybka analiza tego co może nas spotkać na grani. Odtwarzam różne możliwości zbudowania stanowiska zjazdowego. Odczuwam niepewność. Na naszych oczach, jak się później okaże ląduje na lodowcu klient, na szczęście związany z przewodnikiem. Źle oszacował pokonanie szczeliny. Normalnie odpada od ściany. Odwracam się do Ręki i stwierdzam że nie biorę odpowiedzialności za dalsze nasze losy. Decyzja moja jest jedna. Odwrót. Schodzimy. Kontemplujemy widoki. Słońce powoli wstaje i złotym kolorem pokrywa kolejne szczyty. Cudo. Po prawej od ściany odrywa się wielki serak. Schodzimy niepewni słuszności podjętej decyzji. Dopiero gdy mija nas jeden z przewodników informując nas o trudnościach na grani, stwierdzamy że decyzja o odwrocie była słuszną decyzją. Trudną ale słuszną. 


podejście na szczyt

Ręka na finałowym podejściu

Wojtek podczas przerwy


Praktyka, praktyka i obycie w trudnych warunkach z wykorzystaniem sprzętu który taszczymy na sobie. Tego zabrakło. Będąc wysoko, gdy warunki pogodowe są ciężkie nie ma czasu na zastanawianie się jaki zjazd zrobić. Koniec kropka.

I wówczas i dziś wiem że wyprawa na Duforspitze będzie świetną lekcją pokory. 

Przy polu szczelin spotykamy Wojtka. Wróciło krążenie. Wygląda super. Pokonujemy pole po śladach przewodnika. Dochodzimy do strefy kamieni. Składamy linę, ściągamy raki. Łyk herbaty. 

Smutek. Pojawia się jednak. Wykonaliśmy kawał naprawdę solidnej roboty na podejściu. Teraz to dopiero widać. Jak to podejście jest długie i trudne. 

Mobility i rozciąganie przy schronisku w promieniach słonecznych. W międzyczasie schodzą poszczególne zespoły. I wielcy Szkoci. Dwa szczyty podczas jednego podejścia. Szacun. 

W rozmowie z jednym nich utwierdziliśmy się w przekonaniu że decyzja o odwrocie była słuszna. 

Kolejnego dnia wcześnie rano schodzimy ze schroniska, starym szlakiem. Dla mnie osobiście dużo ciekawszym. Szczególnie dwa odcinki zapadną w pamięci. Jeden przy drabinkach, a drugi przy ścianie łączącej lodowiec ze stromymi korytarzami wyżłobionymi przy jednej z wielkich ścian. Paradoks polegał na tym że byliśmy zmuszeni założyć raki na odcinek dosłownie kilku metrów. Ryzyko było takie że gdybyśmy nie trafili idealnie na drogę wpadlibyśmy do wielkiej szczeliny. Także mając w pamięci ubiegłoroczną moją jazdę po zboczach lodowca na tyłku, założyliśmy raki i komfortowo pokonaliśmy w/w odcinek. Zresztą trawers stromym zboczem też wywołał przyśpieszone bicie serca. 


Dufor znowu w chmurach 

ponownie Lyskamm


Zdecydowanie stara droga dużo ciekawsza, dużo bardziej urozmaicona. 

Żegnamy się z Matterhornem i całym masywem co chwilę zerkając za plecy. Zostawiamy sobie lekcję pokory głęboko w pamięci i pomimo nieudanego wejścia na szczyt wracamy z uśmiechem na ustach.

Kolejka zwozi nas na dół. W Zermatt Wojtek zaprasza nas na obiad do włoskiej restauracji gdzie pochłaniamy pyszną pizzę, poznajemy jego znajomych, obsługuje nas Chorwat, słońce świeci. Ręka odwiedza jeszcze biuro przewodników - 1300 franków wejście na Matterhorn, zakupujemy jeszcze kartki pocztowe i magnesy i opuszczamy Zermatt. Po kilku godzinach jesteśmy już w Niemczech. Z przerwą na kolację po godzinie 1 w nocy meldujemy się w domach.

Grazie amici za wspólny wyjazd. To była prawdziwa lekcja górskiej pokory. 

Was zostawiam z moimi emocjami i oczywiście zdjęciami. 

Buonasera.

Ci vediamo.

niedziela, 1 sierpnia 2021

Jurajski, zamkowy tryptyk

Zamek w Bobolicach


Buongiorno.

Ciao amici.

Quindi. Czyli A więc. Pani z polskiego zawsze powtarzała że nie zaczynamy zdania od „a więc” niemniej quindi.

Wracamy do wydarzeń z naszego bardzo udanego wyjazdu w Jurę. Za nami kilka już znakomitych zamków, przed nami klasyki czyli Ogrodzieniec ale na dobre rozpoczęcie dnia a jest nim niedziela zamek w Mirowie i Bobolicach.

Ale zanim tam dotarliśmy poranna ma wizyta na basenie w Myszkowie. Fajny, poranny rozruch. Czekajcie, przecież wcześniej a jakże byłem z Franką na spacerze. I udało mi się tam uchwycić niby normalną sytuację jaką bez wątpienia jest tańczące na wietrze łany jęczmienia w tym przypadku. Niby nic wielkiego. A jednak. Zainspirowany pięknem naszej natury robię i zdjęcie i film slow motion i wysyła swym wiernym recenzentom w postaci Misia czy też Ninja. Takich komentarzy się spodziewałem. Że trener się kończy, że duchowo skręcił w niewiadomo jaką drogę. Jednym słowem. Pomyje. Ale po kilku dniach od powrotu ma inspiracja odcisnęła tak duże piętno na mych przyjacielach, że każde ich kolejne zdjęcie treningowe z roweru okraszone było wizytą w zbożu. Niewinne, z premedytacją zrobione zdjęcie robi robotę. 


zamek Mirów

widok z murów

i jeszcze jeden pejzaż

fragment murów

Tyle nawiasem wstępu, nieco odbiegając od tematu. 

Po śniadaniu udajemy się na pierwszy zamek, w pobliskim nam Mirowie rozpoczynamy niedzielne penetracje Jury. Zamek w Mirowie, pięknie położony na wzgórzu, to przykład zamku średniowiecznego. Ze wspaniałymi murami obronnymi i fosą. Wchodził w skład tzw. „Orlich Gniazd”. Postawiony prawdopodobnie za czasów Kazimierza Wielkiego choć niektórzy twierdzą że początki zamku miały miejsce po śmierci króla. Początkowo był zamkiem drewnianym z biegiem lat przebudowywanym, w ostateczności stał się zamkiem murowanym. Swój złoty okres został przerwany przez a jakże Potop Szwedzki. Na dzień dzisiejszy w zamku trwają prace renowacyjny które mają pozwolić turystom na zwiedzanie zamku również od środka. Wstęp na teren przyległy do zamku jest płatny. Wokół zamku rozrzucone są skałki, mekka wspinaczy. Byliśmy podczas wizyty na zamku pod jedną ze ścian poprzyglądać się pracy wspinaczy w ich naturalnym środowisku. 


wejście na zamek

fragment zamku

zamek w innym ujęciu

duchy na zamku?


Kolejny, niedzielny punkt programu to zamek w Bobolicach. Oddalony od Mirowskiego o prawie 2 km. Kiedyś istniała droga pomiędzy skałami prowadząca do Zamku w Bobolicach lecz jak to w naszym kraju bywa z prywatnymi drogami, właściciel postanowił zagrodzić i zablokować przejście. No cóż. 

Samochody zostawiamy na parkingu i spacerem udajemy się do kolejnego zamku. Wejście na tereny przylegające oczywiście płatne jakże i wejście na sam zamek również. Ale. Zaraz po wejściu na zamek po lewej stronie widnieje tabliczka informacyjna którą mieliśmy okazję zaobserwować już na zamku w Krzyżtoporze. Tablica o treści że zamek został wyremontowany bez jakiekolwiek wsparcia ze strony rządzących. I nadal nie otrzymuje żadnych dotacji. Żenada. Jebać PiS. Pseudominister Gliński i jego współpracownicy wydają miliony na kościół i naczelnego oszusta tego kraju Rydzyka a na prawdziwe, perełki kultury zero złotych. Jebać PiS.

Zamek prezentuje się wspaniale i budzi podziw. Wygląda niesamowicie. 

Poniekąd wieczorem, oświetlony wygląda jeszcze bardziej imponująco. 

Zamek wybudowany przez Króla Kazimierza Wielkiego, stanowił element systemu obronnego jurajskich warowni. Zamek w swej historii był wielokrotnie najeżdżany, największe spustoszenie na zamku wywołał Potop Szwedzki. W swej bogatej historii ma zapisana kartę z udziałem Jana III Sobieskiego, który stacjonował pod zamkiem wybierając się z odsieczą wiedeńską. Wielokrotnie zmieniał właścicieli. Obecnie zamek należy do rodziny Laseckich. Obok zamku znajduje się hotel i restauracja. 


branka Julka

zamek w Bobolicach widziany z błoni

branka, muszkieter i dominikanin


Sam zamek to doskonały obiekt do działań filmowych. Sceny do teledysku filmu „Merida Waleczna” i „Powidoki” Andrzeja Wajdy, „Przyjaciel Wesołego Diabła”ostatnia „hitowa” produkcja pisowskiej tv czyli „Korona Królów”. To najważniejsze wydarzenie filmowe z udziałem zamku. 

Fantastyczny zamek. Chętnie zobaczę go w antruażu gwiazd. 

Wracamy na parking. Przed nami wizyta na chyba najbardziej znanym zamku w regionie czyli zamku w Ogrodzieńcu. Specjalna późniejsza pora wizyty powiązana jest z dodatkową atrakcją. Na terenie zamku będzie możliwość spotkania się z osobami które szyją i odrestaurowują odzież w jakiej w czasach świetności zamków poruszali się władcy, szlachta czy też zwykli ludzie. Magnesem przyciągającym nas dodatkowo jest możliwość przymierzania takich strojów. 

Docieramy na miejsce. Ja na zamku byłem już dwukrotnie. Zmieniło się bardzo jego otoczenie. Pełno sklepików i garmażerii. Jak na Gubałówce.


szlachta

szlachcic abdul



zamek w Ogrodzieńcu

branki


Wchodzimy na teren zamku. Na scenie przyzamkowej zainstalowali się Państwo od strojów. Trafiamy akurat na koniec prelekcji. Idealnie, gdyż właśnie można przywdziać stroje. Ja zaczynam od stroją mnicha. Pani trafia idealnie w punkt. Jula ubiera się w strój branki. Wygląda prześlicznie. Ja mam na sobie brązowe, szaty dominikanina. Dostojnie.

Szybka sesja fotograficzna. Kolejne odzienie to strój szlachcica. Razem z Krzyśkiem przywdziewamy i szaty i niesamowite czapki. Wyglądamy bardzo dostojnie. Kolejne odzienie to szata króla. Nasze dziewczyny zakładają królewskie czapki. Fajna lekcja historii i wielkiej, niesamowitej pasji. Brawa dla Państwa którzy kultywują historię pokazując ją od innej, bardzo barwnej strony. 


team na zamku

fragmenty murów

cześć Ogrodzieńca

i tu również


Po tych kulturalnych doznaniach wchodzimy na zamek. Dwie kondygnacje a w wieżach nawet 3 piętra. Fajnie zachowany i ciągle odrestaurowywany. I ten zamek to również miejsce wielu filmowych wydarzeń. „Wiedźmin”, „Janosik” czy „Zemsta” Fredry to tylko kilka bardzo znanych wydarzeń filmowych.

W latach świetności była to jedna z największych europejskich warowni. Wielokrotnie przebudowywany lub rozbudowywany. Znany władca z zamku  w Janowcu koło Kazimierza, dodał min. dziedziniec rycerski, bastion beluard, suchą fosę. Później dobudowano mury obwodowe, bramę wjazdową z mostem zwodzonym. Potop Szwedzki niestety nie był i dla tego zamku łaskawy. Podpalany, wielokrotnie łupiony.

Jako że pora już była późna obiadowa zeszliśmy do Podzamcza i tama w Stodole, udaliśmy się na jadło. Jako że niedziela to ruch duży. Ale udało się znaleźć miejsce i zasiąść do strawy. Nie obyło się bez awantury. W rolach głównych Szymon. Ale nerwy szybko nam puściły gdy na stołach zaczęły lądować wybrane przez nas dania. Było smacznie, porcje słuszne i w granicach budżetowych. 

Posileni ruszyliśmy do ostatniej atrakcji znajdującej się niedaleko zamku czyli dawnego grodu zlokalizowanego na górze Birów. Zrekonstruowana osada słowiańska powiedzmy sobie szczerze wymaga może nie samej renowacji ale ducha który pomoże z tego ciekawego miejsca wyciągnąć nieco więcej niż tylko trzy chaty drewniane, trochę słomy i strome podejście do grodu. 

Jak mnie zapytacie czy warto to chyba odpowiem że gdyby był z nami przewodnik może gród okazałby się ciekawszym.

wejście do grodu Birów

Stodoła - polecam

widok na osadę


Wracamy, wszyscy już nieźle zmęczeni. To był prawdziwy, jurajski zamkowy maraton. Mnóstwo historii i piękna. 

O zmęczeniu naszym niech świadczy fakt że niezniszczalna Franka po powrocie nie ma ochoty w ogóle ruszyć się ze swojego łoża. 

A my ucztujemy. Nie ma grilla gdyż pada ale kolacja jest wyborna. 

Wymieniamy spostrzeżenia. Podziwiamy zdjęcia. 

Szkoda będzie jutro wyjeżdżać. 

Wraca temat ewentualnego powrotu do Jury ale na rowery. Ja z pewnością wrócę poczuć wapienie okoliczne. Wspinaczka w jurze to raj.

Jak zawsze zostawiam Was z opisem, przepraszam za niecenzuralność ale ***** ***, i podziwiajcie zdjęcia. 

Ci vediamo.

Buonasera.

środa, 28 lipca 2021

Pieskowa Skała, królewskie przyjęcie

Pieskowa Skała


Buongiorno.

Ciao amici.

Włosi mistrzami Europy w piłce nożnej. Anglicy ponownie na łopatkach. Brawa za walkę i emocje. A Włosi poza doskonałą pizzą, winem Brunello, pancettą ponownie dorobili się świetnej drużyny. Congratulazione.

My wracamy do Jury. Bardzo ciekawy i interesujący piątkowy dzień rozgrzał bardzo mocno nasze oczekiwania co do kolejnych dni w tym niesamowitym miejscu. Dlategoż dawkując emocję na sobotę zaplanowaliśmy wizytę na Zamku Królewskim zwanym zamkiem na Pieskowej Skale. Maczugę Herkulesa. Ojców i jego zamek oraz jaskinię Łokietka. 


Maczuga Herkulesa


Po porannym spacerze z Franką, treningu na basenie w Myszkowie, wyruszyliśmy na podbój jurajskich zamków. Ten pierwszy, biletowany z rezerwacją i opcją przewodnika w pakiecie. Przed bramą zamku zostawiamy Maję i Szymona razem z Franką gdyż obecność psiaków na terenie zamku nie jest mile widziana. 

Poza konkursem. Jadąc do Ojcowa natrafiliśmy na kolumnę samochodów. Były to Fordy Mustangi. W różnym wieku. I jechały w tym samym kierunku. Jak się okazało na terenie wokół zamku i terenach przylegających odbywał się zjazd samochodów tuningowych. Wszelkiej maści. Od Alf po Polonezy. Fordy Sierra, BMW, itd. Swą obecność podkreślały zdecydowanie swą głośnością. Wcześniej wspomniane Fordy, a wśród nich szczególnie 3 modele wyróżniały się na tle innych. To stare, piękne customy. Doskonale zachowane. Piękne.

Wracamy na zamek. Piękny dziedziniec zamkowy zachęca już na wstępie. Czekamy na pełną godzinę wejścia i na przewodnika. Jak na sobotę i pięknie zapowiadający się dzień nie ma za dużo turystów. 


w tle zamkowy zegar i wejście na dziedziniec

zamek wewnątrz


Punktualnie o 11 pojawia się przesympatyczny pan przewodnik i zaprasza na wspólną wizytę do zamku. Co do historii samego zamku. Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą za czasów Henryka Brodatego. Na miejscu odnalezionych murów fortyfikacji obecnie, Kazimierz Wielki na początku wieku XIV postawił zamek pełniący funkcje obronne. Zamek składał się z dwóch niezależnych, górnego nieistniejącego już dzisiaj i dolnego, znajdującego się na miejscu obecnego dziedzińca.

W posiadaniu królewskim zamek pozostawał do końca XIV w. Do 1655 roku zamek rósł w siłę i zmieniał właścicieli. Dobudowano między innymi dwie baszty obronne. I tak jak już wspomniałem zamek kwitł do 1655 roku, wówczas to wojska szwedzkie najechały na zamek, splądrowali i zniszczyli. Po wojnie zamek znów zmienił właścicieli. Powoli odzyskiwał swą jakość i wielkość. Ale nadeszło Powstanie Styczniowe i ponownie zamek ucierpiał. Rosjanie ograbili zamek i zdewastowali. Pod koniec XIX w. Zamek ponownie zmienia właścicieli. Specjalnie aby móc ratować zaniedbany już zamek powołano Spółkę Akcyjną, która zamek wykupiła i przeznaczyła na ekskluzywny pensjonat. Działał on do II woj. światowej. Wówczas to w zamku działał sierociniec. A po wojnie, zamek podzielił los wielu zamków, pałaców i dworów. Stał się własnością Ministerstwa Rolnictwa a później Ministerstwa Kultury i Sztuki. Swą ponowną świetność zyskuje  będąc częścią Muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu. Dzięki wsparciu budżetu państwa i Islandii, Norwegii i Lichtenstainu, możliwy stał się ponowny rozkwit i samego zamku i jego zbiorów. 


zamkowy dziedziniec

zamkowe ogrody widoczne z murów

zamkowe wejście


Bardzo jego ciekawa historia i sprawnie opowiedziana przez pana przewodnika, okraszona dodatkowymi ciekawostkami, spowodowała że czas wspólnie spędzony okazał się za krótki. Pozostał jak zawsze niedosyt. Na szczęście w zamku działają wystawy. Większość z nich stanowią obrazy. Jedyne chyba w Polsce na taką skalę działające ekspozycje obrazów malarzy angielskich i znajdujące się na dwóch piętrach ekspozycje arrasów, kobierców i malarstwa pod przewodnictwem Malczewskiego. Nie sądziłem że kilka z nich okaże się bardzo interesującymi.


baszta i zamkowy zegar

zamkowe ogrody


Wychodząc z zamku kierujemy się pod Maczugę Herkulesa. Pamiętam ową, sławną maczugę ze starych pocztówek i podręcznika geografii. Wykonujemy pamiątkowe zdjęcia. Z perspektywy maczugi sam zamek i jego mury wyglądają jeszcze bardziej okazale. Wracamy na parking. Celujemy w Jaskinię Łokietka. Musimy udać się do Ojcowa. I tam też się przemieszczamy. Po dosłownie kilku kilometrach stawiamy samochody na parkingu pod ojcowskim zamkiem. Jak jest zamek to wiadomo, spróbujemy go spenetrować. Ale główny cel podróży to Jaskinia Łokietka no i ewentualnie Brama Krakowska, leżąc zaraz obok.


Famiglia


Podchodzimy pod zamek, okazuje się że zmienił się jego status. Kiedyś można było penetrować go za zupełną darmochę, obecnie wejście jest płatne i nie jest to tania impreza.


Brama Krakowska

regionalne smakuje najlepiej

podeszczowy las


Zastanawiamy się dłuższą chwilę nad zmianą kolejności zwiedzania. Zamek korci. Wybieramy kierunek jaskiniowy. Robi się parno, duszno, pora obiadowa i zaczyna się etap marudzenia. Dzieci napierają, prym wiedzie Szymon. Wszystko wybucha. Padają znane wam wszystkim haśle związane z obecnością dzieci na wakacjach w stylu: to ostatni wspólny wyjazd, więcej z nami nie pojedziecie, itd. Zaczyna padać. Wówczas raz kolejny zmieniamy kolejność wędrówki. Zostajemy na obiedzie a zaraz po nim część z nas wędruje dalej w kierunku Jaskini Łokietka przez Bramę Krakowską a młodsza, bardziej marudząca część zespołu zostaje na miejscu. Jest wilgotno. Las wygląda wyjątkowo. Magicznie. Szczególnie po deszczu. Kontemplujemy piękno natury, zapachy uwodzą nasze nozdrza. Wracamy na parking. Przemieszczamy się do naszej przystani. Miał być wieczór grillowy ale ze względu na średnią pogodę i dość spore zmęczenie zostajemy w opcji kuchnia i smażona kaszanka. Uwielbiam. Raczymy się kolacją wspominając powoli kończący się dzień. Bardzo udany i obfitujący w spore wydarzenia. 

Długo trwało opublikowanie tegoż wpisu. Ale cieszmy się i treścią i zdjęciami.

Ci vediamo.

Buonanotte.