sobota, 6 października 2018

Grossglockner w ostatni wrześniowy weekend

W tle jego magnificencja Grossglockner

"Uważam, że marzenia są paliwem życia. Żyjesz w pełni, kiedy starasz się je spełniać. Nie ma nagrody za bierne bezpieczeństwo" Kim Holden.

Grossglockner. Dystrybutor naszych marzeń. Jeden z wielu. 
Najwyższa góra Austrii. Należąca do Glocknergruppe, podgrupie górskich Wysokich Taurów, części Alp Centralnych. Stopień trudności określany jako nieco trudny, posługując się symbolami to PD+. Góra należąca do Korony Europy. Jej dzwoniasty majestat wzbija się na wysokość 3798 mnpm.

widok z parkingu na cel podróży

Czy taka góra może stanowić cel aklimatyzacyjny. Owszem a i trudności i zróżnicowanie terenu idealnie wpisuje się w projekt życia czyli mą wizytę w Himalajach już niebawem.

kopczyki pomagają na szlaku

widok na dolinę z podejścia

Jak powiadają doświadczeni himalaiści w ich wypadku przed wyjazdem na któryś z ośmiotysięczników korzystają z nieco niższych szczytów aby złapać aklimatyzację. Organizm zapamiętuje ten fakt i później lepiej się odnajduje w strefach gdzie tego tlenu jest zdecydowanie mniej. Moja skala jest nieco niższa. Bo planuję wspiąć się na 6200 mnpm.

kamieniste kopczyki 
Ale sposobność sprawdzenia się na czterotysięczniku stanowiło nie lada chrapkę. Nie pojechałem tam sam. W aklimatyzacyjnej wyrypie towarzyszyli mi znani już Wam Kuba „ninja”, Jacek „kozioł” i nowa postać w mym towarzystwie czyli Kuba „ręką” potocznie zwanym. Na swym koncie ma już Elbrus, Mount Blanc i Kilimandżaro. Kozioł i Ręka będą moimi towarzyszami w wyprawie w Himalaje. Plan zakładał zdobycie szczytu standardową drogą.

schronisko Studlhuette

panorama schroniskowa

W tym nocleg w jednym ze schronisk przed atakiem szczytowym. Poza tym nieco spontaniczności i zwariowanej przygody. Odległość między Zieloną Górą a Kals gdzie parkowaliśmy samochód to nieco ponad 900 km. Ręka zadbał o rezerwację miejsc w schronisku. Stüdlhütte 2802 mnpm. Koszt jednego miejsca w tym schronisku to 23 euro bez śniadania. Jak już wcześniej wspominałem musimy dotrzeć do Kals pod schronisko Lucknerhaus 1920 mnpm. Tu na parkingu zostawiamy samochód i wyruszamy w górę. Z parkingowego miejsca jej majestat góruje nad całą doliną. Wyraźna bryła przypominająca dzwon kąpię się w słonecznych promieniach. 

złoty napój bogów

Grossbrothers

Wychodzimy pokonać pierwszy ponad 5-cio kilometrowy odcinek drogi prowadzącej na szczyt. Początkowo droga wiedzie i wije się wzdłuż potoku malowniczo wplecionego w dolinę. Podejście z wielkimi plecakami stanowi nie lada wyzwanie. Mniej więcej na wysokości ponad 2300 mnpm krajobraz się zmienia i trawy zastępują kamienie. Wchodzimy w strefę księżycowego krajobrazu. I prawie po 2 godzinach docieramy do schroniska Stüdlhütte 2802 mnpm. Siadamy na rozgrzanym słońcem tarasie i próbujemy wypić piwo które wnieśliśmy w plecakach. Nie wolno się okazuje.

zachodzące słońce nad górami

Zamawiamy zatem złocisty napój serwowany przez schronisko. Nie muszę Wam mówić jak smakuje napój bogów w takich okolicznościach przyrody. Słońce góruje nad szczytami. Kiedy zachodzi temperatura szybko spada i udajemy się do wnętrza schroniska. Lądujemy w pokoju nr 2. Jest nas w sumie 12 osób. Czysto i przytulnie. W hotelowej restauracji zjadamy kolację. Nasi krezusi czyli „ręka” i „kozioł” zamawiają kolację ze śniadaniem w cenie 34 euro. Bogato zastawiony szwedzki stół. My razem z „ninja” posilamy się tym co wtargaliśmy na swych plecach. Królują kabanosy i ser dojrzewający. Posileni wracamy organizować przepak. Planujemy wyjście na atak szczytowy o 6.30. Wszystko gotowe. 

poranna pogoda nie zachwyca

amigos na polu walki

księżyc

Ząbki umyte. Prostujemy nogi na łóżkach nr 1,2,3,4. W śpiworze ląduje znany legendarny wręcz ziołowy napój Jagemajster. Po maluchu robi się błogo. Planujemy wychylić drugiego malucha i nagle przed naszymi łóżkami pojawia się pracownik obsługi krzycząc: ręce do góry, nie wolno, itd. Skruszeni obiecujemy że żadnego malucha już nie będzie. Nasuwa się taka refleksja, ktoś musiał donieść że mamy ziołowy trunek, no chyba że potwierdzamy ogólną tezę mówiącą że jak Polacy to z pewnością piją. Nieważne. Wpada jeszcze jeden maluch i udajemy się na drzemkę. Jest stres? Bardziej ciągła ciekawość. Jak zachowa się nasz organizm na pewnej już wysokości. Czy góra niczym nas nie zaskoczy? Budzimy się kilka minut po 5. Pierwsze zespoły już są gotowe do wymarszu. Trwa już harmider i gorączka. To fajny stan. Oczekiwanie na to co nieznane. Owsianka delikatna pada moim i Ninja łupem. Jesteśmy gotowi i zwarci. Nasi krezusi załatwiają herbatę do termosów. Ruszamy.

szczeliny

początek podejścia granią pod schronisko Erzherzog-Johannhuette

kozioł w ścianie

ręka również, za nim ninja

Wybieramy standardową drogę. Część ekip zaraz po wyjściu ze schroniska kieruje się na wprost na poniekąd trudniejszą drogę wspinaczkową na szczyt wycenianą na IV w skali trudności drogą. Korci mnie ona lecz „ręka” szybko rozwiewa me złudzenia. Panuje delikatny półmrok. W nocy padał deszcz a w wyższych partiach śnieg. Początkowo droga wiedzie wzdłuż kamieni. Następny etap to lodowiec Kodnitzkees. Wejście na lodowiec zawsze obciążone jest ryzykiem wpadnięcia w szczelinę. Szczególnie te brzegowe są niebezpieczne. Spokojnie trawersujemy ten odcinek. Idziemy ścieżką wytyczoną przez poprzednie zespoły. Dochodzimy do miejsca w którym zazwyczaj położona jest kładka łącząca lodowiec z granią. Wielkie dziury obok nas ale spokojnie wykorzystując lonże wpinamy się i trawersujemy już grań prowadzącą bezpośrednio do schroniska Erzherzog-Johann-Hutte 3451 mnpm. 

widok z platformy schroniska

Chmury jeszcze nam towarzyszą tworząc niesamowity mocno księżycowy krajobraz. W drodze powrotnej kiedy chmury podniosą się nieco wyżej widoki zapierać będą nasze piersi z zachwytu. Dochodzimy do schroniska. Wita nas tam słońce i będę się niestety majestatyczne krajobrazy. Przystajemy na chwilę. W tym miejscu przed wejściem na największy lodowiec w Alpach a mowa o Pasterzach związujemy się liną. Ustalamy że ja prowadzę, następnie „kozioł”, „ręka” i stawkę zamyka „ninja”. 

ponad chmurami

Przy wejściu na lodowiec widać kolejne zespoły które albo kończą wędrówkę na samym lodowcu lub innych którzy próbują uporać się z trudnościami grani szczytowej. Zbocze Glocknerleit wita nas radośnie. Odkładamy kije do szczeliny i ruszamy do góry. Skracamy nieco linę. Idąc powoli do góry zakładam punkty asekuracyjne. Powoli każdy z nas przepinając się pnie się do góry. Grań szczytowa ma stałe punkty asekuracyjne w postaci żelaznych prętów, przez które można prowadzić linę. Nie w każdym miejscu korzystam z tego udogodnienia. Mamy taśmy i karabinki więc to stanowi naszą asekurację. Pod nami niezłe „lufy”. Wokół trzytysięczne szczyty. Matko jak tu jest pięknie. Kocham ten stan. 

supeł zaliczony

żarty się kończą
Przeszywa mnie gorąca fala entuzjazmu. Lądujemy ma przedszczycie czyli Kleinglockerze. Widzimy już główny wierzchołek. I krzyż nad nim górujący. I grupę niezdecydowanych Czechów. Udziela nam się chwilowa nerwówka gdyż Panowie nie wiedzą w którym kierunku planują iść. Po chwili namysłu zawracają. Wykorzystujemy ten fakt i zbliżamy się do najbardziej eskponowanego odcinka naszego podejścia czyli przełęcz Obere Glocknerscharte. Miejsce zabezpieczone stalowymi linami jest bezpieczne lecz miejsca nie ma za dużo szczególnie jak trzeba zastosować mijankę.

żaden Hilton nie da takich widoków

podejście granią 

Takie zespoły jak my to pal licho ale chamscy przewodnicy z klientami nie bacząc na niebezpieczeństwo gnają na szczyt bez opamiętania. Kasa. Kasa. Smutny to obrazek.

grań jeszcze przed Kleinglockerem

niewidoczna chmurzasta walka
Przed nami jeszcze około 20 metrowy dwójkowy odcinek podejścia ostrą granią i jesteśmy na szczycie. Tak szczyt jest nasz. Euforia narazie delikatnie zmącona gdyż jako rozważni faceci celebrować będziemy sukces jak dotrzemy na parking. Rozkoszujemy się widokami. Jesteśmy na najwyższym szczycie Austrii. Jedni powiedzą że to pikuś ale dla nas ta góra jest świetnym poligonem doświadczalnym pokazując ewentualne braki zarówno techniczne jak i kondycyjne. 

takie kotwy pomagają w asekuracji

ninja w ścianie

Jestem dumny z kolegów. I z siebie również. Prawdziwe górskie łajzy. Pamiątkowe zdjęcia i związani liną mocno skróconą wracamy. Tym razem „ninja” jest pierwszy, następnie „ręka”, „kozioł” i ja na końcu asekurując od góry. Zejście zajmuje nam zdecydowanie mniej czasu niż podejście. Grań szczytowa posiada naturalne stanowiska asekuracyjne a poza tym bardzo pewne chwyty wspinaczkowe, które wykorzystuję podczas zejścia do nauki. Zapomniałem dodać że na przełęczy Obere Glocknerscharte widać w dole stromą Rynnę Pallaviciniego. Jeżeli kiedyś tu wrócę to ta rynna będzie moim wyzwaniem i celem. 

zdobywcy Grossglocknera

Docieramy do lodowca Pasterze. Zakładamy raki i schodzimy do schroniska Erzherzog-Johann-Hutte. Ściągamy linę. Postanawiamy chwilę odpocząć. Ręka funduje kawę która w tym miejscu smakuje wyjątkowo. Spoglądamy na szczyt i jego grań szczytową. Teraz docenimy dopiero co stało się naszym  udziałem. Kawał dobrej, niesamowitej, nikomu niepotrzebnej roboty wykonaliśmy. Jak mawiał Tomek Kowalski. 

widok na lodowiec

Teraz wystarczy bezpiecznie zejść do pierwszego lodowca. Ja postanowiłem zbiec. Dosłownie. Jakoś mi potrzeba było szybkiego tripu. Stosując asekurację za pomocą lonży po chwili byłem u czoła lodowca. W oczekiwaniu na kolegów pomogłem jednemu niemieckiemu turyście odzyskać świeżość. Dostał porcję elektrolitów i sól i z uśmiechem na ustach ruszył do góry. Lodowiec pokonaliśmy praktycznie trawersując go w poprzek. Ślady bardzo dobrze widoczne. A im niżej to lodowiec wręcz płynął. Osiągnąwszy teren kamienisty pozbywamy się raków i w promieniach słonecznych schodzimy do schroniska. Z okazji naszego zwycięstwa wznosimy toast złotym napojem bogów. Za nas. Za górę, że była łaskawa. Szybki przepak i schodzimy na parking. Zejście jest szybkie i dynamiczne. Do samochodu docieram w ciemnościach. Toaleta w zimnej wodzie. Przebieramy się w czyste ciuchy i wracamy w kierunku Polski. Z małymi przerwami do Zielonej Góry docieramy o 7 nad ranem. 

rumowisko 
Pisząc te słowa jesteśmy już tydzień po triumfie. Jaki to szczyt. Każdy z nas jednogłośnie oznajmia że to był jego szczyt numer 1 pod względem trudności. Zróżnicowanie terenu, dziewicze wspinanie w takim składzie, wspólna chęć osiągnięcia celu i PASJA spowodowała że osiągnęliśmy sukces. 
Gratuluję moim GrossBrothers zwycięstwa. To prawdziwa przyjemność być jednym z Was. 
Zapomniałbym dodać że w czasie podróży raczyliśmy się urywkami filmu „Bękarty Wojny” i szczególnie jedna scena utkwiła nam w pamięci. Poniżej link.

https://youtu.be/Hf2GkRYpXwQ

I tak w ataku szczytowym brali udział: Kuba „ninja” Domenico Deccocco, Jacek „kozioł” Antonio Margheriti, Kuba „ręka” DerErector i moja skromna osoba czyli Abdul „altarrik” Enzo Gorlami.
Dziękujemy, ja szczególnie rodzinie i przyjaciołom, tym co w nas wierzyli ale także tym co nie mieli takiej pewności. Chyba mogę powiedzieć z całą śmiałością że jesteśmy gotowi na podbój Himalajów. 
Polecam wszystkim Grossglocknera. Tp prawdziwy kawał, dosłownie przygody.

Grazie.

sobota, 1 września 2018

Roztoczańskie penetracje - majowy trip z naszymi synami


Kozi Wierch
Majowe Tatry. To już tradycja. Od wielu już lat eksplorujemy ten fantastyczny zakątek naszego kraju. Jeszcze do niedawna czyniłem to wraz z córką Julą, od niedawna jej miejsce zajął syn Szymon. Wybór miejsca w naszych Tatrach uzależniony jest od stopnia umiejętności naszych pociech, dostępności miejsc w schroniskach oraz terminu. Tym razem wybór padł na schronisko Roztoka. Od dwóch lat najlepsze polskie schronisko wg. miesięcznika „NPM”. Nie tylko to zdecydowało o doborze takiego miejsca. To było ostatnie polskie, tatrzańskie schronisko w którym jeszcze nie byłem.

Mięguszowieckie Szczyty
Zatem miejsca zabukowane. Przyszedł czas na wybór partnera wycieczek wysokogórskich. Termin i miejsce oraz wiek syna idealnie pasował do postaci Misia którego znacie z opisów męskich wrześniowych wyjazdów kończących sezon oraz jego syna Patryka. No to jedziemy. Jednym słowem jak to mówią Szwedzi - fantastiś. 

w Dolinie Pięciu Stawów
W nocy już 11 maja o godzinie 2 wyruszyliśmy ze swymi pociechami w kierunku Tatr. Miejsce postojowe to Palenica Białczańska. Na miejscu z małymi przerwami lądujemy około godz. 8.30. Szybki przepak i wyruszamy z plecakami sławną drogą która prowadzi na Morskie Oko. Nasz cel to Wodogrzmoty Mickiewicza. Tam odbijamy zielonym szlakiem na Roztokę. Powoli poruszamy się do przodu. Młodzież od czasu do czasu odpoczywa. Szymon narzeka na buta. Groźba obtarcia pięty jest na tyle silna że oklejam jego nogi grubą warstwą plastrów. Pada także z ust Szymona i Patryka stwierdzenie że oni idą tak wolno ponieważ byli przekonani o tym że my idziemy za nimi bardzo wolno i pijemy wódkę. Bezczelność młodzieży nie zna granic. Docieramy z oporami do Wodogrzmotów. Schodzimy nie tracąc czasu do Roztoki.

sławne już cebulowe przekąski Miśka

chmielowe rozważania

Schronisko wita nas ciszą i delikatnym deszczykiem. Meldujemy się w pokoju. Młodzi na górze. My na dole z kolegą Misiem. Z racji tego że to czas śniadania idziemy na zewnątrz rozpocząć kontemplację. I zasmakować ciszy. I śpiewu ptaków. I szumu potoku. Młodzi zjadają po całej konserwie mielonki czy gulaszu angielskiego razem z cebulą czym wprawiają nas w prawdziwe osłupienie. My podjadamy kanapki z podróży. I serwujemy sobie po małym chmielowym. Deszczyk postanawiamy przeczekać. Gdy już przestaje padać udajemy się w kierunku schroniska przy Morskim Oku i być może górnym stawie zwanym Czarnym Stawem pod Rysami. Strasznie nie lubię asfaltówki która prowadzi do Morskiego Oka. A już chyba najbardziej działa mi na nerwy widok koni z wozami które ciągną pod górę leniwych turystów. Może poza wyjątkiem dzieci, starców, niepełnosprawnych i kobiet w ciąży. Reszta to lamusy i leniwcy. 

Kontemplacja Miśka

Patryk i młody
Nie bez trudu docieramy do schroniska przy Morskim Oku. Eksponują się nam fantastycznie i Mnich i Mięguszowieckie Szczyty, Cubryna i przełęcz pod Chłopkiem i Rysy. Szymonowi pokazuję szczyt na który dotarł rok wcześniej od strony słowackiej. Siadamy na kamieniach i w dalszym ciągu kontemplujemy otoczenie. Niestety od strony słowackiej nadciągają czarne chmury co nie wróży nic dobrego. Po chwili zaczyna kropić. Chłopaki postanawiają kontynuować dalszą wycieczkę pomimo deszczu. Nas to oczywiście cieszy. Niemniej deszcz nasila swój opad co powoduje że zapada decyzja o odwrocie. Szkoda. Chowamy się w schronisku. Postanawiamy przeczekać. Czekanie powoduje tylko znużenie u naszej młodzieży. Chęci mijają na podbój Czarnego Stawu pod Rysami. Wracamy. Młodzież ma prawo być zmęczona.
W piątkowy wieczór w schronisku jest dość tłoczno ale bez ścisku. Kolacja i młodzi wędrują do łóżek a ja z kolegą Misiem planujemy przy chmielowym napoju trip na dzień następny. Poznajemy naszych kolegów z pokoju. Później nas poznają koleżanki z sąsiedniego stolika. I wieczór kończymy w wyśmienitych nastrojach. 

staw w Dolinie Pięciu Stawów

Sobotni poranek wita nas szumem potoku i delikatnym słońcem. Wraz z Misiem chwytamy za kubki, robimy kawę i udajemy się na zroszoną polanę. Czas jakby się zatrzymał. 
Zapowiada się wyśmienity dzień.

podejście pod wodospad

Dolina Roztoki

w tle wodospad
Co przed nami? Obieramy kierunek na wodospad Siklawa. Największy wodospad w Polsce. Mijamy pojedyncze osoby które zmierzają w kierunku zarówno samego wodospadu jak i Doliny Pięciu Stawów Polskich. Nasz plan na ten dzień uzależniony jest przede wszystkim od warunków jakie zastaniemy na miejscu. Rozważamy albo Kozi Wierch 2291 mnpm.,  lub Przełęcz Szpiglasową 2110 mnpm., z górującym nad nią Szpiglasowym Wierchem 2172 mnpm. Szlak którym się poruszamy do momentu kiedy nie wyjdziemy z lasu może się nużyć. Ale już na wysokości kosodrzewin robi się zjawiskowo. Zaczyna się pojawiać szlak prowadzący na Krzyżne. Robi się wysoko. Pojawia się pierwszy cel. Wodospad Siklawa. Zawsze robi wrażenie jego ogrom. W najbardziej zacienionych miejscach leżą jeszcze spore połacie śniegu. Młody jakby wpadł w trans i idzie coraz szybciej. Urozmaicona trasa działa na niego motywująco.

Wodospad Siklawa

Dolina Pięciu Stawów
Szybko osiągamy pierwsze skrzyżowanie szlaków. Czekając na Patryka i Miśka popijamy herbatę i dywagujemy co dalej. Młody wspina się na wielki głaz stojący w stawie i po chwili macza do mnie wyraźnie zadowolony. Dołączam do niego i razem robimy wspólne selfie. Pojawia się Miś w wisielczym humorze. Houston mamy problem. Patryk wyraźnie zniechęcony nie wykazuje ochoty na dalszą walkę. Rozważają nawet odwrót. Razem docieramy do rozwidlenia szlaków: Kozi Wierch w prawo, Zawrat prosto, w lewo na Szpiglasową Przełęcz. Idąc jeszcze przed rozwidleniem pytam młodego a ma wszystko na wyciągnięcie dłoni i doskonale widzi jakie panują warunki na dwóch leżących na przeciw siebie szczytach. Kozi Wierch czysty, bez żadnego śniegu. Szpiglasowa Przełęcz w większości przykryta sporą czapą śnieżną.

wspomniany kamień w stawie
Młody szybko decyduje się i wybiera wariant śnieżny. Patryk z Miśkiem powoli dochodzą do porozumienia. My nie czekając na dalszy rozwój sytuacji udajemy się w drogę. Po drodze spotykamy dwie młode turystyki. Szybka wymiana uprzejmości. Młody skonsternowany pyta mnie. Tato, dlaczego Ty rozmawiasz z tymi dziewczynami tak jakbyś chciał zdradzić mamę? Upadłem ze śmiechu. Dziewczyny także. A ja tylko zapytałem gdzie idą. Cóż, jeszcze wiele rzeczy musi się syn nauczyć. Zbliżając się do odcinka śnieżnego pytamy schodzących z przełęczy jakie warunki i czy potrzebne są raki? Śnieg stabilny, bezpieczny. Spokojnie możemy iść dalej. Młodemu podobają się takie warunki. Powoli osiągamy wysokość. Szukamy też Patryka z Miśkiem. Są. Super. Idą w naszym kierunku. Słońce powoli daje znać o sobie. 

razem w drodze
Zakładamy przeciwsłoneczne i idziemy dalej. Po drodze spotykamy trójkę młodych turystów z Niemiec. Jedna z nich, Julka studiuje w Krakowie medycynę. Po Tatrach chodzi od małego dzięki ojcu. Robimy zdjęcia sobie nawzajem. I do łańcuchów idziemy razem. Odcinek ubezpieczony młody pokonuje w iście alpejskim stylu. Szybko i bezpiecznie. Nie ukrywam że dumnym jestem z niego gdy jedna z turystek schodząca w dół nie może się nadziwić nad doskonałą techniką wejścia Szymona. Super. Obracamy się w dół i widzimy już naszych młodych niemieckich znajomych oraz pojawiające się postacie Miśka i Patryka. Postanawiamy z Szymonem że wejdziemy w tym czasie na Szpiglasowy Wierch. Po kilku minutach jesteśmy na szczycie. Trochę na nim wieje. Herbata. Zdjęcia. Szybki opis szczytów które są w zasięgu wzroku młodego i schodzimy na dół. Na Szpiglasowej Przełęczy czekamy na Patryka i Miśka i postanawiamy coś przekąsić. 

Kozi Wierch

Młodym humory dopisują i apetyt również. Co nas niezmiernie cieszy. Kontemplując okoliczności przyrody podziwiamy otaczającą nas naturę. Te widoki nigdy się nie znudzą mam takie wrażenie. 

i Kozi Wierch
Schodzimy w kierunku Morskiego Oka. Podziwiamy Mnicha i Mięguszowieckie Szczyty. W oddali widać też Wrota Chałubińskiego. Gdyby pora była inna może udałoby się namówić pozostałych na wędrówkę w ich kierunku. 
Wracamy asfaltówką powoli do Roztoki. Widzimy też i słyszymy przede wszystkim helikopter TOPR. Nie wróży to nic dobrego. Jak się później okaże nasi koledzy z pokoju byli tego dnia na Rysach i pomagali schodzić grupie ukraińskich turystów nie przygotowanych na taki trip. I stąd ten helikopter. 

ubezpieczone miejsce pod Szpiglasową Przełęczą

Kolejny raz powtórka z historii. Ilu jeszcze nieprzygotowanych turystów spotkamy wysoko w górach. Góry są dla wszystkich ale planując eksplorację pamiętajmy że wysoko w nich warunki zmienić się mogą bardzo szybko a podczas planowania patrzmy chłodnym okiem na własne umiejętności. 

niby takie same ale mocno zachwycające
majowe widoki
W schronisku młodzi kolejny raz nas zaskakują. Zjadają po wielkim placku po węgiersku z gulaszem oczywiście, poprawiają kwaśnicą i dobijają wszystko gofrem. Zasłużyli na taki wypas. W nogach ponad 20 km w wysokogórskich warunkach. My raczymy się zimnym chmielowym i razem z naszymi kompanami z pokoju wymieniamy spostrzeżenia i doświadczenia z górskich wędrówek. Wieczorne spotkania w schroniskach mają swój niepowtarzalny klimat. 
W cudownych nastrojach zasypiamy słuchając szumu potoku. 

Szpiglasowy Wierch razem
Niedzielny poranek wita nas ponownie zroszoną trawą i niespotykaną ciszą na zewnątrz. Chwytamy za kubki i popijamy po chwili kawę wśród świergocących ptaków. Jako że to dzień wyjazdu a zapowiada się owy dzień całkiem fajnie wybieramy w drodze powrotnej opcję z wizytą na Rusinowej Polanie. Pakujemy plecaki i schodzimy do samochodu. 

zachwyt
Przemieszczamy się w kierunku na Wierch Poroniec. Tam stawiamy samochód i już na lekko idziemy na tą pięknie położoną polanę z której rozpościera się zapierający dech w piersiach na Gerlach, Hawrań, Murań, Ganek jak i Rysy. Jako że młody był w tym miejscu kilka lat wcześniej oczywiście nic nie pamięta ale na jednym z pniaków miał zrobione zdjęcie postanawiam powtórzyć zdjęcie wykonując je w tym samym miejscu z tą różnicą że Szymon jest 6 lat starszy.

Morskie Oko i Rysy
Taka sytuacja. Na samej polanie mnóstwo turystów. Młodzi zjadają ostatnią konserwę. W pobliskiej bacówce kupujemy oscypki. Podziwiamy podejście na Gęsią Szyję. Pogoda sprzyja. Obiecujemy także chłopakom że w nagrodę za dzielność i niemarudzenie zbytne zatrzymamy się na „kebsa”. Tak też czynimy.

6 lat później
Opuszczamy Tatry zachwyceni zadowoleni i szczęśliwi. Pasja w natarciu rozwija się i rozkwita. Liczę na to że Szymon chwyci bakcyla i podobnie jak Julka spotkana w sobotę na szlaku która dzięki tacie penetruje tatrzańskie szczyty, tak i młody pójdzie w jej ślady. Patryk okazał się super kompanem dla Szymona. A z Miśkiem byłem już tyle razy na różnych „eventach” że planując jakikolwiek wyjazd eksploracyjny od jego osoby rozpoczynam ustalanie listy uczestników. Doskonały kompan. 

Rusinowa Polana
Tak oto w pierwszym dniu września pojawia się wpis z majowej wizyty w Tatrach. Bardzo udanej zresztą. Chciałbym pisać z wiekszą częstotliwością aby być niejako na bieżąco. A może taka forma jest lepsza. Po kilku miesiącach fajnie wrócić do tych roztoczańskich momentów naszego życia.
Polecam siebie na przyszłość. Oglądajcie zdjęcia i planujcie.
Wyjazdy przede wszystkim. Szczególnie ci którym nie było dane. 

Miłego wieczoru.

Razem