czwartek, 16 lutego 2017

ICELAND TRIP - KVEIKUR (podsypka)

czarna plaża w Vik

Islandia - uwiodłaś mnie. Porwałaś. Znokautowałaś. Jesteś mroczna. Kosmiczna. Inna.
Cóż to jest za INNA wyspa. Co to za głupie pytanie. Wyspa o której można śmiało powiedzieć że jest: mroczna, wyjątkowa, fantastyczna, magiczna, cudowna, zmienna, pociągająca, fenomenalna, szorstka, niedostępna, wciągająca, inna. Taka jest.

iceland

Mnie zauroczyła. Tego zresztą byłem pewien już przed odlotem. Ba, nawet w momencie kiedy jeszcze niewinnie planowaliśmy trip, z wiadomości zasłyszanych, przeczytanych, obejrzanych zdjęć jasno wynikało że tak właśnie będzie. I? Zgadnijcie jaki jest efekt. 110% procent zadowolenia. Byłoby 120% gdybyśmy zobaczyli jeszcze Zorzę Polarną. Niestety warunki pogodowe nie pozwoliły na to. Ale mimo to było zajebiście. Kocham ten kraj. Za surowość. Za ten klimat iście z filmów Tolkiena. Za lawy wulkaniczne pokryte mchem. Za wiatr inny niż u nas. Wodospady które rosną jak nasze grzyby po deszczu. Cudownie kosmiczna aura. Fascynująca już od pierwszego wejrzenia. Cudo.
pierwsze zetknięcie z lądem

I wicie że tutaj nawet coca-cola lepiej smakuje. A dlaczego? Ponieważ wodę oni tu mają tak doskonale smaczną że i odrdzewiacz lepiej smakuje. Za te niezmierzone połacie łąk na których wypasa się chyba wszystkie owce i konie islandzkie z całego świata. I bezkres oceanu atlantyckiego czy morza grenlandzkiego na drugim brzegu. Fiordy i jeziora. Gorące źródła i wulkany. Lodowce i gejzery. To wszystko na małym skrawku ziemi zwanym ISLANDIA.

nie wieje?

Wyspa wikingów i elfów.
Taka ona jest.
A zaczęło się....
okolice Dyrholaey

W sumie niewinnie przy piwie jakoś w ubiegłym roku jesienią. A że Islandia była na mej tapecie z numerem 2 w kolejności odwiedzin to inaczej być nie mogło. Decyzja zapadła. Jedziemy. Natychmiast rozpoczęły się plany co zobaczyć a czego nie. I tak teraz spoglądam na me notatki, te pierwsze i co się okazuje.
Wrak Dakoty niedaleko Vik. Done!!!
Gejzery niedaleko wraku. Done!!!
Złoty krąg. Done!!!
Półwysep Reykjanes, most kontynentalny. Done!!!
Stratowulkan Snaefellsjokull 1446 m.n.p.m. plus park narodowy. Done!!!
Jedynie kraina lodu i ognia thorsmork i las Thora niedaleko wraku niezaliczone.
Wszystkie pozostałe plus inne bardzo ciekawe atrakcje zaliczone z nawiązką.
Kwestia zakupu biletów to proces znalezienia najlepszej oferty i lotniska z którego najwygodniej dolecieć. Z Polski do Islandii lata bezpośrednio Wizzair. Warszawa i Gdańsk obsługują te loty. My wykupiliśmy opcję z międzylądowaniem w Londynie. Wylot z Warszawy. Nie do końca przemyślany projekt. Piąty uczestnik naszej wyprawy mieszka w Londynie i przylecieliśmy po niego a raczej po nią. Ruch nie do końca przemyślany. Ale co tam. Było oczekiwanie na samolot, kilometry przemierzone wokół lotniska Londyn Luton.

london luton

Ach, zapomniałbym przedstawić uczestników tego tripu.
Zatem: moja żona, Adam outdorowiec i jego żona oraz wcześniej wspomniana piąta uczestniczka wyprawy, Agnieszka, Agnes, siostrzenica Adama.
Poza biletami na miejscu mieliśmy już wynajęte auto i noclegi w hotelu.

amerykańska baza wojskowa - tam

No to lecimy.
Dzień pierwszy - wylot.
Warszawa. 6.00. Sobota. Wizzair.
Po szybkiej odprawie wsiadamy do samolotu i lecimy. Londyn wita nas po niecałych 3 godzinach chmurami. Odbieramy bagaż i w przytulnej Costa Cafe zasiadamy do kawy. W międzyczasie na zewnątrz wypogadza się. Korzystając z promieni słonecznych przenosimy się na ławki przed lotniskiem. Dojeżdża Agnieszka. W torbie kilka piw które wypijamy duszkiem. Odprawa i stoimy już w kolejce do samolotu. Boening linii Easyjet gotowy do startu.

agnes, lecimy?

Bez problemów lądujemy w godzinach wieczornych na lotnisku w Keflaviku. Lotnisko tamże jest nowe i nowoczesne. Odbiór bagażu i pierwsze zakupy na ziemi islandzkiej. Piwo. Piwo. Ja chcę piwa. Przygotowani na wysokie ceny alkoholi schowaliśmy w plecaku po dużym burbonie. Niemniej lokalne piwa czyli Viking i Gull warto spróbować. Zatem do kasy i? 6 małych piw marki Viking kosztuje nas 1300 koron islandzkich co w przeliczeniu na średni kurs 3,50 daje nam - 38 zł. Hmmmm. Chyba jednak drogo. Ale żyje się raz.
nasz hotelik

Autobus koloru żółtego do którego wsiadamy na lotnisku w strefie oznaczonej - wypożyczalnie samochodów, zawozi nas bezpośrednio pod same drzwi naszej wypożyczalni. Wypełniamy dokumenty, płacimy, dyskutujemy nad kwestiami ubezpieczenia. W międzyczasie szef podjeżdża mega wypasionym Fordem Mondeo w kolorze złotym w wersji kombi. Pakujemy toboły. I jedziemy do hotelu. Auto w automacie. nieco ponad 20 tys. przejechanych. Rewelka. To przez tydzień ma być nasz obiekt komunikacyjny.
Naszym miejscem zamieszkania przez najbliższy tydzień będzie hotel Bed and Breakfast in Keflavik. 
Parkujemy, wypakowujemy klamoty. Szybki meldunek.
Prysznic. Skoro jesteśmy na wyspie która wydała Bjork czy Sigur Ros to w trakcie wieczornych rozważań nie mogło zabraknąć takich akcentów.
Plan na pierwszy dzień zapowiada się interesująco.

Pingvellir

Pingvellir - widok z drugiej strony

Przed nami Pingvellir, gejzery w Geysir czyli Stukkor i właśnie Geysir, Wodospad Gullfoss i na deser krater wulkanu w Kerid.
Let's go.

w tle letnia rezydencja premiera - Pingvellir

Niedzielny poranek wita nas delikatnym mrozem i słońcem nieśmiało przebijającym się spomiędzy chmur. Jako że o tej porze roku słońce wschodzi dopiero w granicach 10 początkowa cześć trasy pokonywana jest jeszcze w delikatnych ciemnościach.
Ciekawostka. Odbierając samochód wieczorem nie zauważyliśmy jednej rzeczy. A mianowicie. W Islandii wszystkie samochody wyposażone są w opony z kolcami. OOOO. Nasze auto także takie koła posiadało i jadąc do hotelu miałem wrażenie że albo mamy przebitą oponę albo jakieś łożysko uderza wydając taki specyficzny odgłos. Rankiem okazało się że hałas wywołują opony z kolcami. Poza tym na ich jedynej autostradzie oznaczonej numerem 1 i na głównych drogach obowiązuje ograniczenie prędkości do 90 km/h. I szef wypożyczalni prosił nas z uśmiechem na ustach abyśmy przypadkiem nie znaleźli się na liście osób sfotografowanych gdyż mandat kosztuje majątek.

gotowi?

Dobra, od teraz będziemy się już przede wszystkim zachwycać. Przejechaliśmy jakieś 15 km i zatrzymaliśmy się na uboczu ponieważ naszym oczom ukazała się panorama składająca się z: wulkanu, lodowca, skał magmowych pokrytych mchem, jeziorka po jednej i Atlantyku po drugiej. I to wszystko okraszone słońcem i delikatnym szronem. Opad szczęki numer jeden (do końca wyjazdu szczęka opadnie jeszcze szeset sześćdziesiąt sześć razy:))))

Pingvellir - w tych jeziorach topiono cudzołożnice

Agnes, chętna?

prawdopodobnie najstarszy kościół na wyspie - Pingvellir

Pingvellir - niezmiennie

Pingvellir - widok na rów tektoniczny

Docieramy na parking naszej pierwszej atrakcji czyli Pingvellir. Miejsce położone na brzegu największego islandzkiego jeziora Pingvalavatn. To w tym miejscu zebrał się islandzki parlament w 930 roku a w 1944 w tym samym miejscu ogłoszono niepodległość Islandii. Poza tym z ciekawostek geograficznych, w tym miejscu przebiega wąwóz Almannagja, rozdzielając dwie płyty tektoniczne: euroazjatycką i północnoamerykańską.
Pingvellir - sam uskok między płytami

Stojąc w jednym z punktów widokowych widać przed nami między innymi kilka domków i kościół które stanowią letnią rezydencję islandzkiego premiera. Absolutnie skromna. Podkreślam. Nasze barany od polityki proszę zerknąć i zacząć działać.

Pingvellir

Adamusson - pierwotny zdobywca 

Pingvellir

tak wiem nuda, Pinvellir

dobra, już dobra, Pingvellir

takie formacje tworzy natura

W tym miejscu szczęka opada nie raz.
Kolejny punkt na naszej trasie niedzielnej wycieczki do miasteczko Geysir i gejzery które tamże się znajdują.

Geysir

Stukkor

Ten największy z nich czyli Geysir dymi ale nie bucha. Robi to tylko podczas trzęsień ziemi. Natomiast mniejszy z nich czyli Stukkor bucha co kilka minut wyrzucając z siebie wodę na dobrych kilkanaście metrów wprowadzając turystów zebranych wokół w małą ekstazę. Faktycznie robi to wrażenie. Patrząc na ten widok z nieco innej perspektywy wygląda to tak jakby ten stłoczony tłum znajdował się na grzbiecie wielkiego wieloryba który od czasu do czasu wyrzuca z siebie wodę. To miejsce to dla nas jednocześnie pierwsze zetknięcie z gorącymi źródłami których na wyspie jest ogrom.

plunął Stukkor

Następna atrakcja to wizyta przy wodospadzie Gullfoss. Absolutny must have każdej wycieczki. Szeroki, dwukaskadowy, położony u ujścia rzeki Hvita zadziwia swym rozmiarem. A pejzaże jakie tworzą się wokół niego są iście zjawiskowe. Szczególnie teraz. Gdy wokoło sporo śniegu i lodu.
Opad szczęki numer któryś tam.
Jedziemy dalej.

Geysir - nieczynny

Przed nami ostatnia atrakcja czyli krater wulkanu Kerid z jeziorem które znajduje się wewnątrz krateru. Jedna z nielicznych płatnych atrakcji. Koszt wejścia - 400 koron. Jak przeczytałem w jednym z przewodników tenże krater liczy sobie ponad 3 tys. lat. Warto zejść na dół do miejsca w którym dotykamy tafli jeziora i zerknąć w górę. Wydaje się że krater nie jest wielki ale później z drugiej perspektywy spoglądając w dół wysokość jednak robi wrażenie.

Gullfoss - roni wrażenie

za nami makieta

Gullfoss

I gullfoss

Wracając do naszego hotelu przejeżdżamy przez okolice strefy śniegu i mrozu. Wspinając się serpentyną dopada nas duży opad śniegu. To okolice jednego z ich centr narciarskich. Hurrra. Widzę tabliczki ze znaczkiem ludzik biegający na nartach. Czyżby praca czekała na mnie tu w tym pięknym acz mrocznym miejscu?

Kerid


ajem

Przejeżdżamy przez stolicę. Zapada powoli zmrok. Szybka kąpiel. Zasiadamy do obiadu. Pełni wrażeń pałaszujemy to co mamy. Opowiadamy. Dyskutujemy. Dzielimy się wrażeniami. Islandia. We love you.
Poniedziałek wita nas śniadaniem w hotelowej restauracji. Do wyboru owsianka, miód, rodzynki i bababy przywiezione z Polski plus jajecznica, fasolka, gofry z dżemem, nutella, mnóstwo wędlin, sery, sałatka rybna, sałatki owocowe, jogurty, i sporo owoców. Może szału nie ma ale ten hotel polecam jako opcje budżetową. Ciepło, czysto, wszystkiego sporo.

takie krajobrazy

Przed nami jedna z najdłuższych wycieczek. Obieramy kierunek na południe wyspy. Czarne plaże w Vik, wodospady a wśród nich Skogafoss, region doliny Thorsmork i fantastyczny wodospad Seljalandsfoss, wrak samolotu Dakota i na deser słupy bazaltowe na plaży w Vik okraszone pobytem na fiordach w okolicy Dyrholaey. 
No to jedziemy.
Wieje. To czuć po wyjściu z hotelu. Ale ten wiatr dopiero da nam popalić na czarnych plażach w Vik. Oj kręciło. Mocno.

Seljalandsfoss

Seljalandsfoss

Seljalandsfoss

i nasze małżonki zasłoniły wodospad

mniejszy brat 

Pierwsza część trasy jest odcinkiem przez nas pokonanym w dniu wczorajszym. Z tymże że miejscowość Selfoss teraz przejeżdżamy jadąc w kierunku południowym. Mijamy szkalrnie ogrzewane wodami geotermalnymi. Podobno nawet banany sobie wyspiarze hodują. Taka ciekawostka. Krajobraz po minięciu Selfoss nieco się zmienia. Po naszej prawej stronie widzimy coraz wyraźnie brzegi Atlantyku. Po lewej zaś stronie na początek dostajemy widok na wodospad Seljalandsfoss. Zatrzymujemy auto na poboczu i naturalnie co robimy. Jak japońscy turyści wyciągamy aparaty i robimy zdjęcia. Wieje.

żywioł

mrok

tajfun

black beach

Jak się okaże za parę minut pod sam wodospad prowadzi dobrze oznakowana droga. Parkujemy. Wodospad jest o tyle ciekawy że kiedyś tam gdzie teraz spada z kaskady był brzeg oceanu. A teraz ta odległość jest dość duża. Inna ciekawostka polega na tym że możemy obejść tenże "foss" wokoło. Pamiętajmy tylko o tym aby założyć kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. I futerał na aparat. Wodospad fantastycznie wygląda od tyłu. Każde zdjęcie to ryzyko zachlapania aparatu.
Tu na szczęście tak mocno nie wieje. Ale na parkingu już tak.
Ostatnie zdjęcia jeszcze z daleka i jedziemy dalej.

Latarnia

Dyrholaey

Reynisdrangar

Reynisdrangar

Kolejny punkt na naszej trasie to Dyrholaey. Tu nadbrzeże przybiera fantastyczne niesamowite formy. Największe wrażenie robi skalny łuk, sięgający daleko w głąb oceanu. Stoi tu też latarnia morska, zamieszkana co ciekawe. Widok z tego klifu niesamowity. Korci mnie aby posadzić swe pośladki na jednym z zakończeń klifu ale? WIEJE. Wieje tak mocno że idąc mamy problemy z utrzymaniem równowagi. Kaptur w kurtce łomocze na wietrze z takim impetem jakbyśmy znajdowali się w epicentrum sztormu. Głowę urywa. Mamy problemy podczas robienia zdjęć aby utrzymać równowagę. Niemniej miejsce w którym pierwszy raz i nie ostatni widzimy jak potężna jest siła wiatru i wody. Wysokość fal rozbijających się o brzeg jest czasami przerażająca.

Reynisdrangar i moja wife

Reynisdrangar i słupy 

Uciekamy w miejsce nie mniej ciekawe oddalone o dosłownie kilka kilometrów. To Reynisdrangar. To wyłaniające się z wód oceanu skalne słupy. Poza nimi czarna plaża. Niezwykła. Uważana za jedną z 10 najpiękniejszych na świecie. Trudno się z tą opinią nie zgodzić nawet patrząc przez pryzmat pogody która nas tam zastała. Pochmurne niebo, od czasu do czasu padający deszcz. Wieje. Tak wiało mocno. Na tyle że pył wulkaniczny smagał nasze twarze na tyle mocno że czuliśmy się jak na biczowaniu. Poza tym, jest na to dowód w postaci zdjęcia, mieliśmy wrażenie jakby w tym miejscu rodził się diabeł. Mroczno. Pochmurnie. Tajemniczo. Magnetycznie.
Wiatr wygonił nas z plaży.
Jest to dla mnie jedno z najpiękniejszych miejsc na wyspie.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy kolejnej atrakcji. Jak mocno smakuje to miejsce przekonaliśmy się razem z Adamem podejmując karkołomny spacerobieg w kierunku wraku. Otóż sam wrak znajduje się pośrodku czarnej plaży. Kiedyś z głównej drogi skręcaliśmy w boczną drogę i po 4 km meldowaliśmy się pod wrakiem. Teraz zaraz po skręcie z głównej drogi nr 1 parkujemy samochód i 4 km pozostaje pokonać nam z buta. Czy warto. Zdecydowanie tak.
Nam ten spacer zajął około godziny. 8 km w warunkach ekstremalnie trudnych. Nieustająco wiejący wiatr boczny z prędkością niewyobrażalną dodatkowo poziomy opad deszczu który marzł okraszony drobinkami pyłu wulkanicznego powodował że w wygięciu sięgającym czasem 40 stopni podróż do celu była, może powinna być karą albo pokutą. Tylko za co?

Reynisdrangar

Dakota

Dakota beck

Widok można porównać do tego co mieliśmy na czarnej plaży w Reynisdrangar. Z tym że tu główną atrakcją jest już niestety sam kadłub słynnej Dakoty. Jej historia jest prozaiczna. Awaryjne lądowanie na plaży. Rok 1973. Nikt nie zginął. Tu też jest mrocznie. Dodatkowo te fale, sama plaża w kolorze czarnym, wiatr, deszcz. Kilka zdjęć i odwrót. Odziani we wszelakie membrany sądziliśmy że będzie sucho przynajmniej nam. Nic bardziej mylnego. Puściło wszystko. Z butów wylewaliśmy wodę. A temperatura na zewnątrz 5 stopni na plusie. Było warto.
Ostatnia atrakcja tego bardzo ciekawego dnia to wizyta przy wodospadzie Skogafoss.

ajem i wife 

Skogafoss

Jakże piękny, majestatyczny jest ten wodospad. Wielki, olbrzymi. Tylko dlaczego WIEJE? i pada nieustannie. Ekipa mocno zziębnięta. Wychodzimy tylko na chwilę. Robimy kilka zdjęć i odjeżdżamy. W drodze powrotnej miałem jeszcze plan na kąpiel w specjalnym basenie z gorącymi źródłami niedaleko słynnego wulkanu znanego z tego że jak kilka lat temu kichnął to przez długi okres czasu w Europie nie można było latać. Mowa o Eyjafjallajokull. On sam przykryty chmurami. Niewiele widać. Na ochotnika do kąpieli zostałem sam. Nie tym razem. Jeszcze tam wrócę.
Cóż, wracamy do Keflaviku. Większość damskiej ekipy śpi. My dalej chłoniemy iście kosmiczne krajobrazy. Wieczorem przy drinku okraszonym islandzką coca-colą, mówiłem już że wodę oni mają wyśmienitą? Pewnie tak, aczkolwiek sama woda to miód w gębie. Munchin. Gra towarzyska jest z nami do późnych godzin wieczornych.

Munchin

Za okanmi? WIEJE. I pada. WIEJE ponownie.
Tą część wpisu nazwę PODSYPKA czyli w języku islandzkim brzmi to: KVEIKUR.
Zapraszam do czytania. Zaprasza Al Tarriksson. Oglądanie zdjęć wskazane. Komentarze także.

ps. tym razem z racji obfitości treści na chwilę zarzucam cykl - pytania z ciekawymi osobami.

HEIDUR
Ad heyra.

wtorek, 27 grudnia 2016

falszencug, wyblinka, kluczka...w drodze do....

w drodze do....

Cześć
Witam ponownie
Podobał się poprzedni wpis? Może raczej zjawiskowe zdjęcia? Skoro jeszcze emocje nie opadły to atakujemy dalej. Kontynuacja "flaszencuga, kluczki, wyblinki..." z pewnością Was nie rozczaruje. Działo się w górach na tyle dużo że materiału na kolejny wpis nie zabraknie. Poza tym kolejna porcja fantastycznych ujęć nie tylko z mojego obiektywu ale i kolegów i koleżanek.

widok z przełęczy świnickiej

Poza tym w segmencie rozmów, wyczerpujący, interesujący, z dużym ładunkiem emocji wywiad z osobą którą znam od kilku lat. Mieszkanka Wrocławia, pracownik korporacji, mama dwójki dzieci, żona, koleżanka, kulinarny ukryty talent poniekąd, słyszałem niestworzone opowieści o jej kaczce teraz gęsi, niestety nie było okazji spróbować. Skromna. Z wielkim charakterem i wielkim sercem do walki. Niedawno pokonała koleją barierę i zrobiła sobie pierwsze selfie. Marta jej na imię. Zapraszam.

Bałabym się... niepełnosprawności
Gdybym mogła wybrać miejsce do zamieszkania... południe Francji, okolice Marsylii
Film wszechczasów... „Gwiezdne Wojny” cała seria, jestem absolutnie nieobiektywna i „Pożegnanie z Afryką”
Płyta the best ever...” Nevermind” Nirvany i Rage Against The Machine „Rage Against...”
Książka, którą ostatnio kupiłem... ”Projekt: prawda” Mariusza Szczygła
Mój sportowy ideał... zachwyciły mnie polskie lekkoatletki w Rio, Marysia Andrejczyk czy Emilia Ankiewicz. Nie mam jednak sportowego ideału
A muzyczny...Jim Morrison oczywiście J i ZAZ
Muzyka, której nie znoszę...disco polo, było i będzie wbrew wszystkiemu
Najchętniej podróżuję... samochodem
Najgorsza moja cecha...upartość
Najlepsza moja cecha... ciekawość
Najważniejszy zespół w historii rocka...Nirvana
Kim byłbym gdybym inaczej wybrał... filmoznawcą albo performerem
Pierwsze pieniądze zarobiłem... sprzedawałam chleb w małej piekarni we Wro
Pierwszy koncert, na którym byłem...Hurt w IX LO we Wrocławiu, tak mi się wydaje
Najbardziej obrzydza mnie... wszelkie formy ekstremizmu
Przyszłość sportu... na pewno nie piłkarze nożni
Samochód... każdy, byle sprawny
Recepta na sukces... otwartość na zmiany
Ulubione danie... sushi, szczególnie z grillowanymi małżami św. Jakuba i pizza z szynka parmeńska i rukolą
W telewizji oglądam... Pingwiny z Madagaskaru z moimi dziećmi
Na co wydałabym ostatnie pieniądze... na bilet na koniec świata albo na dzieci
Marzenia?...za dużo ich, ale wszystko kręci się wokół szczęścia
Jak najlepiej spędzam czas?... w ruchu albo w kinie



samotny warriors

Ratrak. Ci co zimą nie siedzą przed telewizorem a aktywnie spędzają czas przykładowo szusując po stokach narciarskich napotykają często jeżdżący traktor z płozami który tworzy dywanik na polach po których później jeździmy na nartach. Taki ratrak także toruje często po świeżych opadach śniegu nową drogę. Jak już wiecie z poprzedniego wpisu mi w udziale przypadło trawersowanie podejścia pod Świnicę. Nie wiem skąd te podobieństwo ale Waldek nazwał mnie takim właśnie pojazdem. Przyjąłem to oczywiście z radością.
Byłem już koniem, mogę zostać ratrakiem.
Dobra.

zjazdy

z likwidacją stanowiska

Akcję wznawiamy w sobotni poranek. Jest lekki kac po nocnych wojażach. A przed nami teoria z tematem przewodnim wpisu czyli flaszencugiem. O pracę na dworze się nie boję gdyż jak człowiek się przewentyluje to organizm jakby zyskiwał nowej mocy. Śniadanko wersja oczywiście owsianka plus kaszka owocowa dla dzieci, herbata bez cukru w ilościach bez ograniczeń, kilka pajd chleba z wyjątkową konserwą turystyczną. Pycha. Właśnie. Wiecie że podczas takich wyjazdów udaje się wytrzymać bez kawy. I człowiek mega funkcjonuje. Zresztą jednym z elementów takiego stanu rzeczy jest cena. Kawa plus kawałek ciasta 18 zł. Masakra. Można zabrać zawsze ze sobą jednorazówki z serii 6 w jednym, czyli kawa, mleko, woda, cukier, pewnie trociny i coś od szefa linii.

ninja i ajem

Można żyć bez. Dobra. Na zajęciach teoretycznych nie błyszczałem. Umówmy się. Wszystko docierało do mnie z lekkim opóźnieniem. A wiadomości i elementów istotnych było sporo. Mój partner z dwójki ćwiczeniowej czyli Ninja był nieco bystrzejszy. Ale i tak takie cudowne połączenie powodowało że powtarzalność prawidłowa zadania przychodziła nam z dużym oporem. A jest tego sporo. Podczas wpadnięcia partnera do szczeliny na naszej głowie są: własna asekuracja, zabezpieczenie partnera, budowa stanowiska, zastosowanie flaszencuga i w ostatecznie wyciągnięcie partnera ze szczeliny. Dużo tego.

jest dobsze

Pozostała grupa tego dnia z Jackiem trawersowała Świnicę.
Pełen rynsztunek i w drogę. Udaliśmy się w kierunku Zielonego Stawu 1672 m.n.p.m. Znajduje się on kotle lodowcowym poniżej Skrajnej Turni.  Zimowa aura pozwala na pokonanie w/w stawu w poprzek. Znajdujemy się kilkanaście metrów nad stawem. I w tym właśnie miejscu będziemy trenować tym razem już w praktyce to czego uczyliśmy się na porannych zajęciach w schronisku.
Dobieramy się w dwie trójki. Przepraszam jest jedna trójka czyli Iga, Nicolas i Konrad i moja czwórka czyli ninja, Adam ,Marcin i ajem. Na początku buchtowanie. Wyznaczenie ról. Mi przypadło w udziale prowadzenie zatem idę pierwszy. Na początek imitacja upadku na polu śnieżnym. Wyobraźcie sobie że ja muszę biec jak najszybciej do momentu aż mnie nie wyhamuje lina która spowoduje upadek. Koledzy w tym czasie muszą wyhamować czekanem upadek. Proste. Bułka z masłem. Później nauka budowania stanowisk asekuracyjnych z każdego elementu który może nam się przydać. Zatem czekan, łopata, plecak, kije można wykorzystać. Jest trochę roboty przy tym ale i frajdy przy okazji. Od tego jak będzie to stabilne zależy życie kolegi, koleżanki którzy mogą znajdować się w szczelinie.
I czas na deser. Krem de la krem sobotnich zajęć.

spadliśmy i czekamy na ratunek

za mną Konrad

wiszę na takiej linie

a pode mną pustka

buchtowanie

warriors brzydki jak...

Czas na skok w przepaść. Dosłownie. Kolejnym elementem szkolenia była imitacja upadku prowadzącego w szczelinę czyli w przypadku Tatr przy braku szczelin lodowcowych wykorzystaliśmy naturalne elementy górskie takie jak urwiska zakończone przepaścią. Moim zadaniem było usiąść na krawędzi takiego urwiska i skok w przepaść. Moi koledzy musieli wyhamować upadek. Jest to dość dziwne uczucie. Normalnie idąc po lodowcu zakładamy że do takiej szczeliny możemy wskoczyć. W takiej sytuacji mogliśmy tylko zakładać że jak już skoczę to koledzy wyhamują ten upadek bo w innej sytuacji pewnie albo bym się dobrze połamał a w najgorszym wypadku zabił. Taka sytuacja. I tak sobie operowaliśmy na zmianę. To skakał Ninja, innym razem Marcin, później Adam. Powtarzalność operacji nie bez znaczenia. Wysoki skok adrenaliny. Spora dawka emocji. Pogoda na życzenie piękna. Lekki mróz. Bezwietrznie. Na niebie w okolicach popołudnia pojawił się widoczny front który jak się okazało w niedzielę zmienił nieco aurę. Powrót do schroniska, kontemplacja niesamowitych widoków. Cudo. Bjutiful.

niemniej brzydki warriors

Kolacja, część teoretyczna poświęcona sprzętowi, jego doborze i pokaz slajdów z wypraw które organizuje Waldek i jego Kilimajaro.
No i nieodzowny element życia schroniskowego czyli integracja. Tym razem królowała duża butelka napoju pod nazwa pigwa plus cola. Smaczna. Rzekłbym wykwintna. Nasz francuski kolega raz kolejny nie może wyjść ze zdziwienia. Jak oni to robią. Sporo rozmów toczących się przy stole zakłóca odkurzacz pań które sprzątają schronisko. A to dopiero 21.30. Cóż, uciekamy na schody. Tam też nie wolno. Jedna z pań mieszkających po prywatnej stronie, ma coś do powiedzenia. Robi to w sposób tak brzydki że nawet tego nie próbujemy skomentować. Chociaż cisną się na usta niecenzuralne słowa. Szkoda gadać.
Namawiamy Nicolasa razem z Sawcią i Nicolasem co by z nami pobiegał po śniegu na bosaka w krótkim rękawku. Długo nie dał się prosić. Oznajmił po raz 600-tny że jesteśmy crazy i ochoczo wystartował na śnieg. Było lekko zimno w stopy. Tylko na początku. Super.

w nocy przed schroniskiem

Jakoś tego wieczoru nie mogliśmy zasnąć.
Niedziela to ostatni dzień naszego wspólnego pobytu w Tatrach. Jedna grupa wychodzi z Jackiem na lodowe wspinanie, budowę jamy śnieżnej i naukę poruszania się w rakach w terenie stromym. I to moja grupa wychodzi z Jackiem. Ekipa Sawci i kolegów w tym czasie pod okiem Waldka poznawać będą tajniki flaszencugów. Mega dobra zabawa.

ninja podczas podejścia

yeah

ninja wchodzi w ścianę

tam jest

schodzimy

Nasza grupa tym razem kieruje się na Zawrat. Szybkie podejście i pokonujemy Staw Gąsienicowy w poprzek. Szkoda że widoczność słaba. Spora mgła uniemożliwia kontemplacje widoków górskich. Niemniej w kilku żlebach w ścianie Kościelca widać wspinaczy. My podchodzimy do Zmarzłego Stawu 1788 m.n.p.m. i tam naszym oczom pokazuje się spory jęzor lodu który będzie areną naszych lodowych zmagań ze ścianą. Ja mam ogromną ochotę na tego typu wspinaczkę. Zakładamy wędkę.

gdzie ja patrzę?

jaki kierunek?

Dzielimy się na dwa podzespoły szturmowe i zaczynamy zabawę. Ci co się nie wspinają pracują ze śrubami lodowymi. Ja asekuruję jako pierwszy. W ścianę wchodzi Adam. Różnice ze wspinaczką skałkową są takie że tu podczas asekuracji lina musi być non stop na bloku. Ja wchodzę jako drugi. Od pierwszych trochę niepewnych ruchów wiem że to moja energia.
jestem

mocno jest

zjazdy

Mocna praca czekanami z jednoczesnym prawidłowym ruchem raków które staram się w lodową skałę i powoli do góry. Przychodzi kolej na Ninja. Obserwuję jego zmagania nieco z boku. Dobrze to wygląda. Później przychodzi czas na zabawę ze śrubami lodowymi i poznajemy metodę Abłakowa. To nic innego jak połączenie dwóch otworów jednym sznurkiem i stworzenie stanowiska asekuracyjnego. Prosta metoda.

metoda abłakowa

uczymy się

Zaraz po tym udajemy się na strome podejście i tam uczymy się prawidłowego podchodzenia i schodzenia z pionowej skały w rakach. A nie jest to prosta sprawa. Wymaga odpowiedniego wyczucia lodu i jednoczesnej koordynacji z czekanem. Niemniej jest mega. Spora dawka adrenaliny i uśmiechu.

dom kopiemy

Na deser jama śnieżna. Znajdujemy w żlebie duży fragment ćwiczebny. Na początku sondą określamy wysokość i grubość pokrywy śnieżnej. W naszym przypadku to prawie 2 m. Zabieramy się za kopanie. Praca wre. W ruch poszły łopaty. Taka jama śnieżna może nam uratować życie zatem musi być wykonana solidnie. Osoby z klaustrofobią mogą mieć duży problem. W moim przypadku jak jest sądzicie? Mega happy jestem. To zupełnie coś nowego. I niebawem do tego wrócimy.

jestem w środku

i nawet mogę się obrócić

Mgła coraz mocnej opada. Widoczność spada. Schodzimy w kierunku schroniska w szampańskich nastrojach. Cieszymy się że to już koniec? Nie, absolutnie. To radość z bycia razem tu i teraz. W tak cudownych okolicznościach przyrody. Tatry są piękne a dla mnie osobiście zima to nowy rozdział w mej edukacji wysokogórskiej. On się właśnie rozpoczął.

ninja, nicolas i ajem

Kończąc chciałbym jeszcze raz podziękować Waldkowi i jego ekipie z Kilimanjaro. Są godni polecenia. Fachowość, profesjonalizm, zero niańczenia. I przy tym spora dawka humoru. Tak trzymać.
A moim współtowarzyszą wielkie ukłony. Za cierpliwość i determinację. Za podniesienie poziomu humoru do niewyobrażalnego poziomu. Za współdziałanie i odpowiedzialność. Szacun dziewczyny i chłopaki.
Do zobaczenia na kolejnej górskiej wyrypie.

fenkju very maczing