środa, 24 listopada 2021

Parma, La Prosciutteria e Parmiggiano

via a La Prosciutteria


Buongiorno.

Ciao amici.

Pandemia się nie chce skończyć. Atakuje nas kolejna fala i w sumie przy biernej postawie naszego, scusa, ich rządu, możemy się spodziewać 16 i 23 pewnie fali covidowej. Dodatkowo „pomagają” nam antyszczepionkowcy, folarze, opętani i szerzący herezje. Kurwa chyba kogoś mogłem obrazić. Trudno.


il treno

Stazione Centrale a Bologna

La Mortadella

nigdzie indziej kawa i cornetto nie smakuje tak wybornie


Po tak miłym wstępie informacyjnie zanim przejdę do meritum posta. Byłem we Włoszech. Wróciłem w ubiegłym tygodniu. Fakty. Kod o szczepieniu lub negatywny test wymagany przy odprawie. Każda restauracja, muzeum, pałac, wszędzie wstęp z aktualnym kodem o szczepieniu. Środki publicznej komunikacji czy Tper.it czy też Trenitaliatper.force.com, w tym wypadku pociągi regionalne maseczki wymagane absolutnie. I czy jesteś biały czy też masz inny kolor skóry nikogo nie zwalnia to z obowiązku noszenia tej maseczki. Sklepy oczywiście też. Spora część włoskiej populacji nosi te maseczki nawet na dworze. Pytacie czy można? Si, certo. Nie stanowi to żadnego problemu. Samolot naturalnie też. Nie wczytywałem się jakie są kary za brak maseczki ale po powrocie do naszego pięknego kraju, gdzie ponownie osiągnęliśmy status lidera w zgonach, gdzie wchodząc do kina restauracji sklepu zaczynam się źle czuć bo mam maseczkę. Smutne obrazki. Tyle tytułem wstępu.

Po gorzkim wstępie prawdziwy rarytas. Wpis o ponownej wizycie we Włoszech. 


Pallazzo wyglądające jak więzienie

uliczne smaczki

Teatro Regalo

jeden z kilkunastu parmeńskich kościołów czyli chiesa

monument na cześć G. Verdiego


Dlaczego znowu Włochy? Bo się tam i ja i moi znajomi dobrze czujemy. Bo uczę się języka włoskiego, bo córka studiuje romanistykę. Bo pasta, wino, formaggio. Zabytki, kultura, ludzie. Dlaczego Bologna? Akurat w tym okresie nie ma za dużego wyboru w tamtym kierunku ale wielokrotnie przejeżdżając autostradą obok Bolonii w kierunku Rzymu czy też Toskanii chciało się choć na chwilę wjechać do tego, jak się okazuje pięknego miasta. Czy najpiękniejszego? Prawdę mówiąc. Absolutny top 3 włoskich miast. No bo w kategorii miasteczka mamy tam swoich faworytów, Voletrra przykładowo, Pienza. Ale wśród dużych miast Bolonia jest wooooowww.

Mniej więcej w tym samym okresie ale jeszcze w roku przed pandemią byliśmy w Naples czyli Neapolu. Wyjazd związany był z urodzinami mio moglie czyli mojej żony. Jak już pozwolono nam lecieć to wybraliśmy Bolonię aby tam celebrować kolejne 18 urodziny czyli po włosku compleanno. A jak było? Co za pytanie. Z nami? Z nami zawsze jest inaczej i zawsze dobrze. Wybór ochotników ekspedycji też nie był przypadkowy. Sprawdzona gwardia. Outdorowiec z żoną oraz Agnieszka i Krzyś. I tak oto w 6 osób polecieliśmy do Bolonii. Wcześniej kupiłem bilety lotnicze. Znaleźliśmy fajne lokum w postaci hotelu **** Cosmopolitan Bologna. Świetna cena do jakości i faktycznie, śniadania palce lizać. Smak cornetto con marmelatte czuję do dziś. 


jubilatka w Parmie

uliczne inspiracje

Parmeński Ratusz

Stadio Calcio a Parma


Ulubione zapytanie Krzysia? Jaki plan? Ano plan jak zawsze ambitny i nastawiony na totalne zwiedzanie. Oczywiście Bologna ale oprócz niej Parma i Ferrara. Jeszcze w Polsce zarezerwowałem bilety na zamek w Ferrarze oraz zwiedzanie i podziwianie widoków Bolonii z wieży Asinelli w Bolonii. Odpowiednio dla zaintersowanych koszty tych wycieczek: Zamek Estense z włoska zwanym Castello Estense, sam zamek 12 euro dla dorosłego, plus ewentualnie 2 euro za wejście na wieżę zamkową, warto, zdecydowanie, i due Torri Asinelli w Bolonii 5 euro. Zdecydowanie również warto. 


Katedra od tyłu

wieża kościelna 

wejście główne do katedry

Baptysterium

okazałe katedralne wnętrza


Jeszcze tylko rezerwacja parkingu w Katowicach na lotnisku, 37 złotych. I możemy lecieć. Wybierając się do jednego z trzech regionów włoskich a mianowicie: Emiglia-Romagna, Puglia i Naples podczas wypełniania papierów musimy zameldować się w ich systemie gdzie będziemy przebywać we Włoszech i gdzie przebywaliśmy i gdzie będziemy przebywać po powrocie do kraju. Dodatkowo podczas odprawy jak wcześniej wspomniałem w załączniku musi się znaleźć certyfikat ze szczepienia lub negatywny wynik testu. I możemy lecieć. Acha, lecieliśmy Raynair, tak to te linie co wiszą mi jeszcze kasę za odwołany lot do Odessy. Nic to. Lecimy. 


Parmeńska uliczka

Piazza centrale


Lot bez zakłóceń. Drink na lotnisku. Jeden, drugi. Wesoło. Spotykam znajomą, wówczas jeszcze nie wiem skąd się znamy. Rozrzuceni po samolocie gdyż taniej. 1, 20h i lądujemy w Bolonii. Wychodzimy z lotniska. Internet nie chce działać. Jeszcze w Polsce na kilku blogach dowiedziałem się że z lotniska do Bologna Stazione czyli dworca głównego w centrum miasta można się dostać na dwa sposoby jeżeli mówimy o autobusach. Komercyjnie za 8 euro Marconni Express. Lub za 1,50 euro dwiema liniami 81 lub 91 z przystanku Birra czyli fermata Birra. Przystanek oddalony o jakieś 800-900 metrów od lotniska. No to idziemy. Trochę na czuja. Wieczorowa pora. Znajdujemy przystanek. Hurra. Ale nie ma automatów z biletami. Jedzie Marconi Express. Odpuszczamy. Szukamy dalej. Zatrzymuje się nasz autobus. Ale nie mamy biletów. Odjeżdża. Języka zapomniałem. Trochę zdezorientowani idziemy. Robi się nerwowo. Mój internet nie działa. Agnieszka zabiera się za szukanie. Wchodzimy po kilkuset metrach na via prowadząca bardzie w kierunku centro. Zawsze to większa szansa na inne autobusy. Ale nie mamy biletów i nie ma automatów. Po 22 zatrzymujemy się na kolejnym przystanku. Agnieszka z Krzyśkiem są przed nami. Zatrzymuje się l’autobus. Otwierają się przednie drzwi. Wchodzę i pytam kierowcy po włosku że chcemy dojechać do centrum ale nie mamy biletów i nigdzie nie ma automatów. Buonasera. Pada z ust kierowcy. Pyta czy mam internet. No przecież mam. Prosi aby ściągnąć sobie apkę Roger i tam kupić bilety i oczywiście zaprasza do środka. No to wsiadamy. I ściągamy. Jak krew z nosa. Ale nie ma z nami Krzyśka i Agi. Dzwonimy do nich, zajęte. Oni dzwonią. Mówimy że jedziemy a oni stoją. Sugestie z naszej strony aby ściągnęli Rogera, i że będziemy czekać na Stazione. Pytam kierowcy czy to ten przystanek, tak, proszę dziękuję. Nieprawdopodobne. I bez biletów. Ja swój internet odpuszczam. Apkę ściąga Adam. Działa. Kupujemy. Okazuje się że w kierunku naszego hotelu jedzie autobus numero 21. Pytamy policjantów z którego przystanku. Proszą się rozejrzeć po przystankach. Jest, stoi. 21. Wsiadamy. No dobra. Ale gdzie są Agnieszka i Krzysiek. Jedziemy. Po kilku minutach Adam mówi do mnie że minęliśmy właśnie jakiś stadion. A że ja mu o stadionie Bolonii mówiłem to zapamiętał. Ale z mapy wyraźnie wynika że stadion jest po drugiej stronie miasta. Mam internet. Źle jedziemy. Robimy koło i wracamy na Stazione. Ale nie wysiadamy. Teraz kierunek prawidłowy. I słuchajcie hit. Na drugim lub trzecim przystanku od Stazione do autobusu wsiadają Agą i Krzysiek. No przecież w normalnych okolicznościach nie byłoby szans wpaść na siebie. Świetnie. Jedziemy. Autobus zatrzymuje się pod hotelem. Wchodzimy. Jest krótko przed 24. Rezerwacja, klucze itd. Pytam czy mogę zapłacić, gdyż wcześniej hotel zabezpieczył sobie moją kartę nie ściągając środków. Próba zapłacenia primo, nieudana. Druga, to samo. Co jest grane. Przecież mam środki. Swoją kartę podaje Krzysiek Robimy zabezpieczenie na jego karcie. Mieszamy na 1 piętrze obok siebie. Wcześniejsza komunikacja z obsługą i oto mamy pokoje obok i łóżka małżeńskie. A z kartą okazało się że miałem ustawiony za niski limit płatności. Zamawiamy jeszcze śniadanie na 8 i rozchodzimy się do pokoi. Długi dzień. Lecz jesteśmy. Zasypiamy. Budzę się wcześniej rano. Przyzwyczajenia z domu. Meldujemy się na śniadaniu. Kawę podaje pan kelner. Każdy obowiązkowo wyposażony w jednorazową rękawiczkę. Można nakładać. Cornetto. Prosciutto. Pancetta. Owoce. I kawa. Smakuje wybornie. Kawa zawsze wybornie.

Plan na pierwszy dzień to wizyta w Parmie z głównym punktem programu w postaci katedry, la Prosciutteria, niesamowita uliczka pełna sklepów z szynkami i Teatro Farnese, a później powrót do Bolonii na wieczorny rekonesans.


panini palce lizać

Parma Calcio

parmeńska ulica


Jedziemy na dworzec. Tym razem inny autobus. Inna linia. Trochę błądzimy. Logistykę przejmuje Agnieszka. Signeli. Nowa fermata. Chyba numer 20. Jedziemy. Z przesiadką. Jesteśmy. Dworzec centralny. Stazione Centrale. Kas biletowych bez liku w postaci automatów. Szukamy Parmy na rozpisce. Nie ma. Piacenza. To kierunek nasz. Pomagają nam dwie urocze rodaczki. Kupujemy bilety. Tym razem w automacie. 58 euro. 4 osoby. Tam i z powrotem. Godzinna podróż przed nami. Pociągi regionalne mają u nich bardzo wysoki standard. Dwupiętrowe. Czyste. Pachnące wręcz. Bardzo komfortowe. I wszyscy w maseczkach.

Podróż do Parmy upłynęła szybko. Zanim się obejrzeliśmy wysiadaliśmy już na dworcu. Od razu z niego prosto w kierunku centro. Po drodze pierwsza wizyta w sklepie aby uzupełnić płynne zapasy. Jako że to sobota w dwóch miejscach napotykamy na bazar ala „chiński bazar”. Wchodząc na centralną część starówki pojawia się wielki, ogromny budynek w którym to mieści się Teatro Farnese i muzeum. Zaraz przed nim stoi sporych rozmiarów monument upamiętniający fakt że znany włoski kompozytor operowy pochodzi z prowincji Parma. Wchodzimy na strada  Garibaldi. Czuć już w tym miejscu włoską ulicę. Sporo rowerzystów, i artystów. Pierwszy ciekawy budynek przed nami to Teatro Regio. To jeden z czołowych teatrów operowych we Włoszech, wzniesiony w 1829r. 

Kontynuujemy wizytę w Parmie podziwiając jej architekturę. Docieramy do jednej z najważniejszych arterii miasta strada della republica. Większy ruch. Sporo turystów. I coraz więcej knajpek. Kawiarni. I słońce wychodzi. Dochodzimy do Piazza Garibaldi. Palazzo del Governatore i Palazzo del Tribunale. I wszędzie skutery, może nie w takiej sile jak wiosną czy latem ale urok ten sam. Gwar ulicy łapiemy pełną piersią. Przechadzamy się obserwując mieszkańców. Jedni robią zakupy, inni piją kawę. A my dochodzimy do ronda okraszonego fontanną. Tu na chwilę się rozdzielamy. Ja z mio moglie idziemy, korzystając z okazji spróbować wejść na stadio di Parma. Stadio Comunale di Ennio Tardini. To moja świecka tradycja. Poza tym Parma to bardzo zasłużony klub dla włoskiego futbolu. Aktualnie grający w serie B. A ciekawostką jest fakt że jego barw broni teraz Gianluigi Buffon. Prawdziwa legenda włoskiego calcio.


katedra ujęcie rybie oko

temat przewodni

via szynkowa

panini do zjedzenia


Jak to jednak zwykle bywa wejść się nie udało ale pamiątkowe zdjęcia uczyniliśmy.

Wróciliśmy do naszych znajomych. Przed nami Piazza del Duomo. W głównej części Cattedrale di Santa Maria Assunta. Można nie lubić kościoła jako instytucji ale trzeba przyznać że poprzednicy wszelkie tego typu budynki budowali z rozmachem. I podziwia się ich dokonania. Freski. Zdobienia. Wykończenia. Robi to wszystko wrażenie. Obok stoi Baptysterium. Równie okazałe jak katedra. Nasze szczęście polega na tym że najczęściej te najciekawsze budynki są albo remontowane całkowicie czyli całe w rusztowaniach albo częściowo. Tak było i tym razem.

Banksy w Parmie



wnętrze katedry


Zachwyceni zgłodnieliśmy. Udaliśmy się na kulinarną ucztę w postaci kanapek do knajpki zwanej I Panini di PEPEN. Prostota a kolejka jak po zboże. Warto zapytacie? Postać w tej kolejce. Zdecydowanie tak. Wybór panini con prosciutto crudo …..coś tam coś tam. Świeże. Wyjątkowo. Warto. Uwielbiam małe knajpki z mega prostym jedzeniem. Wyśmienity wybór.

Nasyceni udaliśmy się sprawdzić jak wygląda ulica na której stoi jeden sklep obok drugiego oferujący pancetty, prosciutto czy też parmegqiano. Głowa boli od wyboru. I te nazwy sklepów. La Prosciutteria. Trafiliśmy spacerując również na oryginalną wystawę Banksy. Brytyjski artysta street art. Jego prace znane są nie tylko w samym Londynie. Ale na to czasu nie znaleźliśmy. A szkoda pewnie. Ograniczeni czasem godziny powrotu do Bolonii, udaliśmy się na zakupy szynkowo-serowe. I pognaliśmy spróbować wejść do Teatro Farense. Okazało się jednak jak dotarliśmy do bram teatru że wejście jest biletowane, z wcześniejszą rezerwacją i w ogóle trzeba wejść też do muzeum. Smutni odpuściliśmy tą atrakcję. Pewnie szkoda. Trudno. Zaczęło trochę padać. Udaliśmy się na espresso. I w drogę powrotną do Bolonii. 


Palazzo della Pilotta

espresso


O pierwszych wrażeniach z wizyty w centrum Bolonii w następnym wpisie. Na koniec ciekawostka. 

Po powrocie outdorowiec znalazł ciekawy wynik ankiety przeprowadzonej wśród Włochów. Zapytani o miasto w którym żyło by im się najlepiej wygrała … Parma. 

Ciekawe. Nasza wizyta za krótka ta taką ocenę ale miasto wyjątkowo ciekawe. 

Tym czasem zapraszam do oglądania zdjęć i zapoznania się z tekstem.

Ci vediamo. 

niedziela, 12 września 2021

Duforspitze, góra która pokiwała nam palcem.

Duforspitze w chmurach


Buongiorno.

Ciao amici.

Svizerra. Duforspitze. Najwyższy szczyt Szwajcarii. Potężny masyw Monte Rosa. 

Schronisko Monte Rosa Hut. Drugi co do wysokości szczyt w Alpach. Poważna przygoda alpejska. Jedna z najdłuższych wypraw szczytowych w Alpach (ze schroniska na szczyt ok. 12h), zawiera wszystko co najlepsze: poważny lodowiec, strome flanki śnieżno-lodowe, eksponowana grań. Dwójkowe trudności. Wyjazd wymagający od wspinaczy dobrej kondycji i umiejętności poruszania się w ekspozycji. I gruby portfel ze względu na bardzo wysokie ceny obowiązujące w tym pięknym kraju. 

Szczyt nie został zdobyty. Uprzedzę fakty. I złożyło się na to kilka elementów. Ale o niepowodzeniach może później. 


po prawej stronie masyw 

wielkie szczeliny na lodowcu


Wyjazd ze względu na pandemię i moją zmianę płacę planowany był dość szybko. Zapragnęliśmy wejścia na najwyższy szczyt wykorzystując to co wypracowaliśmy wspólnie w ciągu ostatnich dwóch lat, penetrując sąsiadujące po stronie włoskiej czterotysięczniki. Czy mieliśmy prawo sądzić że wejście na szczyt może się nie udać? Z mojej perspektywy o naszym niepowodzeniu zaważył aspekt mentalny i brak obycia jednak z ciężkimi warunkami w górze. A takie napotkaliśmy. Moim zdaniem podeszliśmy do Duforspitze 4634 m.n.p.m., zbyt optymistycznie. Zabrakło przygotowania technicznego. Poważna góra, niepoważne podejście do treningu wspinaczkowego. Bazując na przygotowaniu fizycznym nie da się wejść na techniczny wierzchołek. Poza tym zmienił się nam partner trójkowy. Wypadł Ninja, nie podejmując wyzwania, a zaproszenie otrzymał Wojtek, wieloletni kolega Ręki, który zresztą na tym szczycie już był. Miał być dla nas wsparciem i mocnym zdecydowanie punktem naszej ekipy. A właśnie, skład zespołu alpejskiego stanowili Ręka, Wojtek i ja. Poprzednie dwa włoskie wyjazdy były dobrze przygotowane pod kątem naszych umiejętności a i nasze przygotowanie i techniczne pozwoliły na zdobycie w dobrym stylu kilku czterotysięczników. Może stąd ten nasz entuzjazm. Trudnością tej góry jest fakt że do pokonania mamy prawie 2 km podejścia od schroniska na szczyt. W dobrym stylu sprawny zespół potrzebuje na zrobienie tego od 10 do 14h. Tak. Tak. Kawał porządnej, alpejskiej roboty. Jeżeli chodzi o przygotowanie techniczne do wspinaczki ja sam w pandemii byłem kilka razy w Sokolikach. Zdecydowanie za mało. Z tego co wiem Ręka w tym kierunku nie zrobił nic. Wojtek kiedyś bywał w górach po klika razy w roku i czy mieliśmy prawo wejść na szczyt? Nie. Może, gdyby pogoda była bardziej łaskawa, łut szczęścia. 


głęboka szczelina

i kolejna

i Matterhorn


Góra udzieliła mi wielkiej pokory. I pokiwała palcem. Ostrzegając. Inaczej planuj tego typu wyjazdy. I jeszcze jedna sprawa. Absolutnie nie mam pretensji ani do Ręki i tym bardziej do Wojtka. Mam pretensje chyba największe do siebie. Najważniejszy jest fakt że wnioski zostały wyciągnięte. Wycof niecałe 300 metrów przed szczytem zdarzył się już niejednemu. Zdrowy rozsądek i podjęcie trudnej decyzji poszło idealnie w parze. Oczywiście, po powrocie do schroniska i obserwując sam szczyt zastanawialiśmy się wspólnie czy to była dobra decyzja. Ale jak to powiedział jeden z przewodników którego mijaliśmy na zejściu, warunki pogodowe na górze były ekstremalnie trudne i nasza decyzja była jak najbardziej słuszna. Większość zespołów albo nie weszła w ogóle lub też wycofała się z przedwierzchołka. Ale były też tacy którzy weszli nie tylko na Dufor ale też na sąsiedni Nordend 4609 m.n.p.m. Piękna sprawa. 


masyw Monte Rosa

Monte Rosa massif

Matterhorn


Tyle wniosków o tym co nie udane. 

Słów kilka o dojeździe i kwestiach noclegowo-bytowych. Wyjazd zaplanowaliśmy na środę i mając na uwadze wysokość podejścia na szczyt zaplanowaliśmy pobyt w sumie do soboty w Szwajcarii. Gdyż, środa to transfer do Zermatt. Czwartek - transfer w okolice schroniska Monte Rosa Hut 2795 m.n.p.m. i ewentualne wejście aklimatyzacyjne. Piątek - atak szczytowy. Sobota to zejście do Zermatt i transfer do Polski. Pierwszy nocleg w Zermatt na campingu pod namiotami. A dalej to bajeczne, zjawiskowe kontemplacje lodowca. I sąsiadujących wokół masywu szczytów. 


Lyskamm

trawers 


Kilka słów o samym schronisku. Jest to zjawiskowy, futurystyczny budynek, postawiony na nowo w 2013 roku. Moim zdaniem arcydzieło. W środku wszystko w drewnie. Pięknie przygotowane pokoje i jadalnia. A sanitariaty to absolutny hit. W którym naszym schronisku widzieliście w kabinach wc patyczki zapachowe. I mnóstwo białego papieru. I czystość taka że z podłogi można jeść. Cudo.

Ale za tym idzie cena. 94 franki za dobę w pokoju ze śniadaniem i obiady-kolacją. 7 franków piwo. Kartka pocztowa - 11 franków. W kilku miejscach wiszą piękne obrazy alpejskich szczytów w cenach między 1600-2000 franków. Luksus na który stać szwajcarów, holendrów. Nawet poznani przez nas Szkoci stwierdzili że jest tu kurewsko drogo. Poza bazą wypadową na Duforspitze, z tego schroniska można również próbować dojść na dobrze nam znany lodowiec Lisjoch, i wejść na Parrotspitze, Signalkuppe. Szczyty dobrze nam znane.


udogodnienia w drodze do schroniska

udogodnienia w drodze ze schroniska


Ogrom lodowca jest oszałamiający. Jak dostać się z Zermatt w okolice schroniska? Trekking to jedno, tańsze ale za to dłuższe rozwiązanie. Większość wybiera opcję z wykorzystaniem kolejki na Gornegrat. To najwyższa europejska kolejka zębata na otwartym powietrzu, w pełni zelektryfikowana która dociera na wysokość 3089 m.n.p.m. Droga jak jasna cholera. Ale słuchajcie, widok z jej okien bezcenny. A w momencie kiedy naszym oczom ukazuje się jego wysokość Matterhorn wszystko staje się jasne. Szczęka zbierana jest z podłogi długi czas. My również wybraliśmy tą opcję. Raz się żyje. 

Kolejna element alpejskiej układanki to w jaki sposób docieramy w okolice schroniska? 

Po wyjściu z wagoników kolejki udajemy się na platformę widokową z której rozpościera się na wielki masyw Monte Rosa, Duforspitze, sąsiadujące z nim Lyskamm, Castor, Pollux no i Matterhorn. Można by rzec że rozbijamy obóz w tym miejscu i do szczęścia nic więcej nie jest potrzebne. 


ponownie Lyskamm


Schodzimy czerwonym szlakiem do drogi w którym trasa rozchodzi się na dwa kierunki, oznakowane niebieskim szlakiem. Jak się później okaże w drodze do schroniska pokonywaliśmy nową drogę, a w drodze powrotnej mieliśmy się okazję zapoznać ze starą drogą która kiedyś prowadziła do i ze schroniska. Wchodząc na lodowiec poruszaliśmy się wzdłuż tyczek, nie zakładaliśmy jednak raków ponieważ większość lodowca pokrywała warstwa czarnej szlaki. Dopiero po dość długim podejściu na czoło lodowca przed nami ukazał się lodowiec, porozrywany przez wielkie szczeliny, a tyczki stanowiły istny labirynt i postanowiliśmy że dla bezpieczeństwa tym razem raki już założymy. Było zdecydowanie pewniej i łatwiej. Kawałek drogi który pozwolił podnieść nieco tętno. A później to już tylko kamienie i płyty. Docieramy do schroniska. Słońce grzeje. Postanawiamy chwilę odpocząć i później spróbować znaleźć właściwą drogę prowadzącą do czoła lodowca, a przy okazji złapać trochę aklimatyzacji. Ja osobiście czułem się bardzo dobrze a zważywszy na fakt że zaraz przed wyjazdem oddałem 450 ml krwi miałem prawo czuć pewien niepokój co do mojej formy. I jeszcze jedna kwestia. W drodze do Zermatt pokonywaliśmy dwie wielkie przełęcze. Jedna z nich położona na wysokości naszych Rysów czyli około 2500 m.n.p.m., na którą dojazd wiedzie niezliczoną ilością zakrętów. I niby nic wielkiego. Ale zważywszy na fakt, że nieco wcześniej zjedliśmy kolację, gdy zjeżdżając z przełęczy Furka Pass, już jako pasażer pierwszy raz w życiu musiałem awaryjnie oddać to wszystko co wcześniej zjadłem. W iście filmowym stylu. Także miałem pewne objawy co do mojej dyspozycji. 


wybór nieoczywisty

ponownie Duforspitze w chmurach


Wyjście aklimatyzacyjne okazało się strzałem w dziesiątkę. Podeszliśmy wysoko lecz jak się okaże pokonywaliśmy trasę która wiedzie na lodowiec Lisjoch znajdujący się po włoskiej już stronie. Dopiero schodząc zauważyliśmy czerwone tyczki które jak się później okaże doprowadzą nas do czoła lodowca. Przyznam się szczerze że jedna kwestia zaczęła mnie martwić. Tempo podejścia i zejścia Wojtka. Próbowałem się uspokajać. 


industrialne schronisko


Śniadanie zamówiliśmy na 2.30. Położyliśmy się wcześniej spać, wcześniej wszystko sobie do wyjścia przygotowując. 


wędrowcy


I nastąpił dzień walki. Śniadanie smaczne, owsiankowo, miodowo dżemowe. Kawa. Napełniamy remisy gorącą herbatą. I ruszamy. Wychodzimy jako jedna z wielu ekip. Przed nami pędzą przewodnicy z klientami. Zapominam kijów. Chłopaki idą z przodu. Podkręcam delikatnie tempo. Jest kilka minut po 3. Za mną widzę ślady czołówek. Przede mną również migoczą białe światła. Doganiam chłopaków w środkowej części kam pienistego podejścia. Obok nas Szkoci, ekipa słowacka i chyba holenderska. Dochodzimy do czoła lodowca. Raki na buty. Wiążemy się liną. Ruszamy. Przewodnicy szybko znikają przed nami. Giną też ślady. Dochodzimy do pierwszego pola szczelin i delikatnie błądzimy. Ja prowadzę. Szukam właściwej drogi. Kilka metrów od nas po prawej stronie Szkoci odnajdują właściwy track. Ruszamy obok nich. Przed nami mozolne, nudne jak flaki z olejem podejście. Tempo całkiem niezłe. Równe. Miarowe. Delikatnie zaczyna wiać. Rotujemy się z pozostałymi ekipami. Musimy pamiętać że przed nami naprawdę kawał długiego podejścia. KIedy powoli wstaje słońce, zaczyna wiać mocno i z miejsca robi się zimniej. Zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Palce kostnieją. Spada nam tempo. Zatrzymujemy się coraz częściej. Wojtek nie wygląda najlepiej. Przy kolejnym postoju Wojtek jest blady jak ściana. Zapada trudna decyzja.


Lyskamm w chmurach


Odwiązujemy się. Wojtek ma zejść do czoła lodowca w miejscu gdzie zaczynają się szczeliny i tam w promieniach słonecznych czekać na nas. Dla nas to trudne chwile. Sztuka chodzenia po lodowcu mówi wyraźnie że w zespole dwójkowym nie powinno się tego robić. My z Ręką wiążemy się na nowo i postanawiamy spróbować wejść na szczyt. Jest coraz zimniej. Tempo podejścia świetne. Nastromienie w granicach 60 stopni. Dochodzimy do kopuły przedszczytowej ograniczonej jeszcze pokonaniem dużej szczeliny. Naszym oczom ukazują się sylwetki wspinaczy którzy na linach dokonują zjazdów z okolic przedwierzchołka. Wieje. Zaczyna dygotać mi prawa noga, nie wiem czy z zimna czy ze strachu. Podczas podejścia szybka analiza tego co może nas spotkać na grani. Odtwarzam różne możliwości zbudowania stanowiska zjazdowego. Odczuwam niepewność. Na naszych oczach, jak się później okaże ląduje na lodowcu klient, na szczęście związany z przewodnikiem. Źle oszacował pokonanie szczeliny. Normalnie odpada od ściany. Odwracam się do Ręki i stwierdzam że nie biorę odpowiedzialności za dalsze nasze losy. Decyzja moja jest jedna. Odwrót. Schodzimy. Kontemplujemy widoki. Słońce powoli wstaje i złotym kolorem pokrywa kolejne szczyty. Cudo. Po prawej od ściany odrywa się wielki serak. Schodzimy niepewni słuszności podjętej decyzji. Dopiero gdy mija nas jeden z przewodników informując nas o trudnościach na grani, stwierdzamy że decyzja o odwrocie była słuszną decyzją. Trudną ale słuszną. 


podejście na szczyt

Ręka na finałowym podejściu

Wojtek podczas przerwy


Praktyka, praktyka i obycie w trudnych warunkach z wykorzystaniem sprzętu który taszczymy na sobie. Tego zabrakło. Będąc wysoko, gdy warunki pogodowe są ciężkie nie ma czasu na zastanawianie się jaki zjazd zrobić. Koniec kropka.

I wówczas i dziś wiem że wyprawa na Duforspitze będzie świetną lekcją pokory. 

Przy polu szczelin spotykamy Wojtka. Wróciło krążenie. Wygląda super. Pokonujemy pole po śladach przewodnika. Dochodzimy do strefy kamieni. Składamy linę, ściągamy raki. Łyk herbaty. 

Smutek. Pojawia się jednak. Wykonaliśmy kawał naprawdę solidnej roboty na podejściu. Teraz to dopiero widać. Jak to podejście jest długie i trudne. 

Mobility i rozciąganie przy schronisku w promieniach słonecznych. W międzyczasie schodzą poszczególne zespoły. I wielcy Szkoci. Dwa szczyty podczas jednego podejścia. Szacun. 

W rozmowie z jednym nich utwierdziliśmy się w przekonaniu że decyzja o odwrocie była słuszna. 

Kolejnego dnia wcześnie rano schodzimy ze schroniska, starym szlakiem. Dla mnie osobiście dużo ciekawszym. Szczególnie dwa odcinki zapadną w pamięci. Jeden przy drabinkach, a drugi przy ścianie łączącej lodowiec ze stromymi korytarzami wyżłobionymi przy jednej z wielkich ścian. Paradoks polegał na tym że byliśmy zmuszeni założyć raki na odcinek dosłownie kilku metrów. Ryzyko było takie że gdybyśmy nie trafili idealnie na drogę wpadlibyśmy do wielkiej szczeliny. Także mając w pamięci ubiegłoroczną moją jazdę po zboczach lodowca na tyłku, założyliśmy raki i komfortowo pokonaliśmy w/w odcinek. Zresztą trawers stromym zboczem też wywołał przyśpieszone bicie serca. 


Dufor znowu w chmurach 

ponownie Lyskamm


Zdecydowanie stara droga dużo ciekawsza, dużo bardziej urozmaicona. 

Żegnamy się z Matterhornem i całym masywem co chwilę zerkając za plecy. Zostawiamy sobie lekcję pokory głęboko w pamięci i pomimo nieudanego wejścia na szczyt wracamy z uśmiechem na ustach.

Kolejka zwozi nas na dół. W Zermatt Wojtek zaprasza nas na obiad do włoskiej restauracji gdzie pochłaniamy pyszną pizzę, poznajemy jego znajomych, obsługuje nas Chorwat, słońce świeci. Ręka odwiedza jeszcze biuro przewodników - 1300 franków wejście na Matterhorn, zakupujemy jeszcze kartki pocztowe i magnesy i opuszczamy Zermatt. Po kilku godzinach jesteśmy już w Niemczech. Z przerwą na kolację po godzinie 1 w nocy meldujemy się w domach.

Grazie amici za wspólny wyjazd. To była prawdziwa lekcja górskiej pokory. 

Was zostawiam z moimi emocjami i oczywiście zdjęciami. 

Buonasera.

Ci vediamo.

niedziela, 1 sierpnia 2021

Jurajski, zamkowy tryptyk

Zamek w Bobolicach


Buongiorno.

Ciao amici.

Quindi. Czyli A więc. Pani z polskiego zawsze powtarzała że nie zaczynamy zdania od „a więc” niemniej quindi.

Wracamy do wydarzeń z naszego bardzo udanego wyjazdu w Jurę. Za nami kilka już znakomitych zamków, przed nami klasyki czyli Ogrodzieniec ale na dobre rozpoczęcie dnia a jest nim niedziela zamek w Mirowie i Bobolicach.

Ale zanim tam dotarliśmy poranna ma wizyta na basenie w Myszkowie. Fajny, poranny rozruch. Czekajcie, przecież wcześniej a jakże byłem z Franką na spacerze. I udało mi się tam uchwycić niby normalną sytuację jaką bez wątpienia jest tańczące na wietrze łany jęczmienia w tym przypadku. Niby nic wielkiego. A jednak. Zainspirowany pięknem naszej natury robię i zdjęcie i film slow motion i wysyła swym wiernym recenzentom w postaci Misia czy też Ninja. Takich komentarzy się spodziewałem. Że trener się kończy, że duchowo skręcił w niewiadomo jaką drogę. Jednym słowem. Pomyje. Ale po kilku dniach od powrotu ma inspiracja odcisnęła tak duże piętno na mych przyjacielach, że każde ich kolejne zdjęcie treningowe z roweru okraszone było wizytą w zbożu. Niewinne, z premedytacją zrobione zdjęcie robi robotę. 


zamek Mirów

widok z murów

i jeszcze jeden pejzaż

fragment murów

Tyle nawiasem wstępu, nieco odbiegając od tematu. 

Po śniadaniu udajemy się na pierwszy zamek, w pobliskim nam Mirowie rozpoczynamy niedzielne penetracje Jury. Zamek w Mirowie, pięknie położony na wzgórzu, to przykład zamku średniowiecznego. Ze wspaniałymi murami obronnymi i fosą. Wchodził w skład tzw. „Orlich Gniazd”. Postawiony prawdopodobnie za czasów Kazimierza Wielkiego choć niektórzy twierdzą że początki zamku miały miejsce po śmierci króla. Początkowo był zamkiem drewnianym z biegiem lat przebudowywanym, w ostateczności stał się zamkiem murowanym. Swój złoty okres został przerwany przez a jakże Potop Szwedzki. Na dzień dzisiejszy w zamku trwają prace renowacyjny które mają pozwolić turystom na zwiedzanie zamku również od środka. Wstęp na teren przyległy do zamku jest płatny. Wokół zamku rozrzucone są skałki, mekka wspinaczy. Byliśmy podczas wizyty na zamku pod jedną ze ścian poprzyglądać się pracy wspinaczy w ich naturalnym środowisku. 


wejście na zamek

fragment zamku

zamek w innym ujęciu

duchy na zamku?


Kolejny, niedzielny punkt programu to zamek w Bobolicach. Oddalony od Mirowskiego o prawie 2 km. Kiedyś istniała droga pomiędzy skałami prowadząca do Zamku w Bobolicach lecz jak to w naszym kraju bywa z prywatnymi drogami, właściciel postanowił zagrodzić i zablokować przejście. No cóż. 

Samochody zostawiamy na parkingu i spacerem udajemy się do kolejnego zamku. Wejście na tereny przylegające oczywiście płatne jakże i wejście na sam zamek również. Ale. Zaraz po wejściu na zamek po lewej stronie widnieje tabliczka informacyjna którą mieliśmy okazję zaobserwować już na zamku w Krzyżtoporze. Tablica o treści że zamek został wyremontowany bez jakiekolwiek wsparcia ze strony rządzących. I nadal nie otrzymuje żadnych dotacji. Żenada. Jebać PiS. Pseudominister Gliński i jego współpracownicy wydają miliony na kościół i naczelnego oszusta tego kraju Rydzyka a na prawdziwe, perełki kultury zero złotych. Jebać PiS.

Zamek prezentuje się wspaniale i budzi podziw. Wygląda niesamowicie. 

Poniekąd wieczorem, oświetlony wygląda jeszcze bardziej imponująco. 

Zamek wybudowany przez Króla Kazimierza Wielkiego, stanowił element systemu obronnego jurajskich warowni. Zamek w swej historii był wielokrotnie najeżdżany, największe spustoszenie na zamku wywołał Potop Szwedzki. W swej bogatej historii ma zapisana kartę z udziałem Jana III Sobieskiego, który stacjonował pod zamkiem wybierając się z odsieczą wiedeńską. Wielokrotnie zmieniał właścicieli. Obecnie zamek należy do rodziny Laseckich. Obok zamku znajduje się hotel i restauracja. 


branka Julka

zamek w Bobolicach widziany z błoni

branka, muszkieter i dominikanin


Sam zamek to doskonały obiekt do działań filmowych. Sceny do teledysku filmu „Merida Waleczna” i „Powidoki” Andrzeja Wajdy, „Przyjaciel Wesołego Diabła”ostatnia „hitowa” produkcja pisowskiej tv czyli „Korona Królów”. To najważniejsze wydarzenie filmowe z udziałem zamku. 

Fantastyczny zamek. Chętnie zobaczę go w antruażu gwiazd. 

Wracamy na parking. Przed nami wizyta na chyba najbardziej znanym zamku w regionie czyli zamku w Ogrodzieńcu. Specjalna późniejsza pora wizyty powiązana jest z dodatkową atrakcją. Na terenie zamku będzie możliwość spotkania się z osobami które szyją i odrestaurowują odzież w jakiej w czasach świetności zamków poruszali się władcy, szlachta czy też zwykli ludzie. Magnesem przyciągającym nas dodatkowo jest możliwość przymierzania takich strojów. 

Docieramy na miejsce. Ja na zamku byłem już dwukrotnie. Zmieniło się bardzo jego otoczenie. Pełno sklepików i garmażerii. Jak na Gubałówce.


szlachta

szlachcic abdul



zamek w Ogrodzieńcu

branki


Wchodzimy na teren zamku. Na scenie przyzamkowej zainstalowali się Państwo od strojów. Trafiamy akurat na koniec prelekcji. Idealnie, gdyż właśnie można przywdziać stroje. Ja zaczynam od stroją mnicha. Pani trafia idealnie w punkt. Jula ubiera się w strój branki. Wygląda prześlicznie. Ja mam na sobie brązowe, szaty dominikanina. Dostojnie.

Szybka sesja fotograficzna. Kolejne odzienie to strój szlachcica. Razem z Krzyśkiem przywdziewamy i szaty i niesamowite czapki. Wyglądamy bardzo dostojnie. Kolejne odzienie to szata króla. Nasze dziewczyny zakładają królewskie czapki. Fajna lekcja historii i wielkiej, niesamowitej pasji. Brawa dla Państwa którzy kultywują historię pokazując ją od innej, bardzo barwnej strony. 


team na zamku

fragmenty murów

cześć Ogrodzieńca

i tu również


Po tych kulturalnych doznaniach wchodzimy na zamek. Dwie kondygnacje a w wieżach nawet 3 piętra. Fajnie zachowany i ciągle odrestaurowywany. I ten zamek to również miejsce wielu filmowych wydarzeń. „Wiedźmin”, „Janosik” czy „Zemsta” Fredry to tylko kilka bardzo znanych wydarzeń filmowych.

W latach świetności była to jedna z największych europejskich warowni. Wielokrotnie przebudowywany lub rozbudowywany. Znany władca z zamku  w Janowcu koło Kazimierza, dodał min. dziedziniec rycerski, bastion beluard, suchą fosę. Później dobudowano mury obwodowe, bramę wjazdową z mostem zwodzonym. Potop Szwedzki niestety nie był i dla tego zamku łaskawy. Podpalany, wielokrotnie łupiony.

Jako że pora już była późna obiadowa zeszliśmy do Podzamcza i tama w Stodole, udaliśmy się na jadło. Jako że niedziela to ruch duży. Ale udało się znaleźć miejsce i zasiąść do strawy. Nie obyło się bez awantury. W rolach głównych Szymon. Ale nerwy szybko nam puściły gdy na stołach zaczęły lądować wybrane przez nas dania. Było smacznie, porcje słuszne i w granicach budżetowych. 

Posileni ruszyliśmy do ostatniej atrakcji znajdującej się niedaleko zamku czyli dawnego grodu zlokalizowanego na górze Birów. Zrekonstruowana osada słowiańska powiedzmy sobie szczerze wymaga może nie samej renowacji ale ducha który pomoże z tego ciekawego miejsca wyciągnąć nieco więcej niż tylko trzy chaty drewniane, trochę słomy i strome podejście do grodu. 

Jak mnie zapytacie czy warto to chyba odpowiem że gdyby był z nami przewodnik może gród okazałby się ciekawszym.

wejście do grodu Birów

Stodoła - polecam

widok na osadę


Wracamy, wszyscy już nieźle zmęczeni. To był prawdziwy, jurajski zamkowy maraton. Mnóstwo historii i piękna. 

O zmęczeniu naszym niech świadczy fakt że niezniszczalna Franka po powrocie nie ma ochoty w ogóle ruszyć się ze swojego łoża. 

A my ucztujemy. Nie ma grilla gdyż pada ale kolacja jest wyborna. 

Wymieniamy spostrzeżenia. Podziwiamy zdjęcia. 

Szkoda będzie jutro wyjeżdżać. 

Wraca temat ewentualnego powrotu do Jury ale na rowery. Ja z pewnością wrócę poczuć wapienie okoliczne. Wspinaczka w jurze to raj.

Jak zawsze zostawiam Was z opisem, przepraszam za niecenzuralność ale ***** ***, i podziwiajcie zdjęcia. 

Ci vediamo.

Buonasera.