czwartek, 4 kwietnia 2019

15:50, na 24 h przed odlotem...

fajrant

Oddaje Wam kolejny zapis mych myśli w drodze do Neaplu. Nieład. Brak składu. Mnóstwo napływających różnych myśli. Taki był zamysł i wiem że jest to pisane chaotycznie lecz taką przybrał ten dokument wizję. Efekt zamierzony. Celowy. Inny zdecydowanie niż uporządkowany tekst. Są tu emocje i moja wrażliwość. Tu jestem takim jakim jestem na codzień. No prawie. Czytać.

oni

15.50
Nieco ponad 24 h przed odlotem do Doha. Właśnie. Lecimy, jak lecimy? Do Doha, Katmandu, Lukla. Na miejscu w Lukli powinniśmy być niech no spojrzę na agendę, wychodzi na to że w sobotę powinniśmy być już w Lukli.
Ciemność widzę ciemność.
Zapomniałem też dodać że równie mocno co same góry ekscytuje mnie również podróż wielkim samolotem i możliwość sprawdzenia na własnej skórze jakimi liniami lotniczymi są Qatar Airways, podobno jest dobrze sprawdzimy, chyba niczego więcej się nie boję. Ja się boję? Raczej delikatny stres to jak przed ważnymi zawodami taki stres przedstartowy.

Italianieri, szkoda że bez Ninja. Gdyby od początku był brany pod uwagę to sądzę że skład z Großglockner byłby identyczny. Jutro wsiadał był na pokład samolotu razem z nami. A tak! Niemniej jest jeszcze wiele przygód przed nami moi panowie.

Led Zeppelin w  głośnikach. Słuchajcie idę się spakować a przynajmniej idę spróbować zapakować plecak albo cokolwiek jednak trochę mi się jeszcze nie chce odkładam to maksymalnie na później nie wiem czy dobrze lecz nauczony doświadczeniem tak chyba musi być.

mantra

Nie tak dawno żona zapytała mnie co wydarzyło się tak przełomowego że ty nagle do tych gór pałasz taką miłością. Otóż odpowiedź jest złożona. Góry to wolność i oderwanie od rzeczywistości tam możemy zapomnieć o otaczającym nas świecie oczywiście przed problemami nie uciekniemy nie bagatelizuję nigdy tego, lecz tam wysoko jest jakoś inaczej to inny wymiar. Tam ja jestem uduchowionym, spokojnym wyważonym facetem, przecież na co dzień też jestem. Dobra od początku. Skup się. Tam jest inaczej, inny wymiar potęga sposób myślenia, reakcj,e tam to wszystko dzieje się wolniej a poza tym trudno nie z wspomnieć o jednym jeszcze fakcie. Jako żem uzależniony od sportu, adrenaliny i wysiłku góry są dla mnie sposobem na testowanie własnych sił, potrzeb, możliwości, czasem niestety odbywa się to kosztem kolegów czy znajomych.
Dłuższa przerwa nastąpiła w której to między nimi okazało się że mój 58 litrowy plecak jest za mały ruszyłem zatem do kolegi Misia celem pożyczenia czegoś większego i jest, udało się jesteśmy w domu, hurra.

kolejna stupa

17:30. Siedzimy już w samolocie. Jaki on jest wielki, matko co to się wydarzy, to impossible, to niesamowita sytuacja. Wypiłem trzy piwa w oczekiwaniu na wejście do samolotu to chyba się właśnie dzieje jesteśmy chwilę od momentu kiedy wystartujemy i polecimy w nieznane, nie chyba w znane? Lecimy do Doha, pierwszy przystanek to właśnie lotnisku w Doha, Qatar, co to się wyprawia. Poduszka, koc a ja leciałem tylko Ryanair, Lotem i czymś tam jeszcze wynajętym. Jest podniecenie wyczuwalne, ekscytacja chyba za często używam tego stwierdzenia, samolot imponuje wielkością i tym że jest że są filmy można oglądać, muzyka też jest, słuchać, podłączyć telefon do ładowania, za 10 min lecimy.
Poniekąd 6 czy 7 h lotu przed nami chyba zwariuje ale są filmy, jest piwo jest jedzenie jest już cudownie oby ten nastrój utrzymał się do końca pobytu oby ten stan ducha nam się pogłębiał mam niczego nie oczekiwać, mam chłonąć chłonę jestem otwarty.

ręcznie malowane mandale

Spojrzałem przed siebie i uzmysłowiłem sobie że ten samolot jest naprawdę potężny a to nie jest największy samolot. Zaraz lecimy,  Hurra. Proszę was wszystkich abyście trzymali za nas kciuki mocno cokolwiek się wydarzy będzie niebiańsko miałem się nie nastawiać i wibracje, Uwielbiam to. Odprawa samolotowa. Ekran nie to co tam w tanich liniach zaraz startujemy podróż do Berlina minęła gładko jako że pracuję na codzień w korporacji próbowałem zamknąć październikowy budżet jeszcze na 10 min przed wyjazdem wysłałem zamówieniem poza tym jak to zwykle bywa w takich sytuacjach nagle kiedy gdzieś wyjeżdżam zaczęło się. Zaczęło kapać z filtra wody, uszczelka ponownie puściła ale hydraulik na jutro ma być. Filtr kupiony, no tak no to lecimy, „głód” potrzebuje coś zjeść na pokładzie tego olbrzyma. Poza tym miejsca tyle co trzeba. Siedzimy. Obok mnie Ręka przy oknie Kozioł. 3/4/3, tak wygląda układ siedzeń w samolocie, zgasili światło to chyba jakiś znak well come on board. Nasz Boening 777, to siedzimy. Się wznieśliśmy. Jesteśmy w chmurach, jupi chmury teraz przez następne kilkanaście dni będziemy w chmurach, ja z pewnością koledzy pewnie też to jest coś. Kocham swoją rodzinę, Julkę dojrzała już dziewczyna, świadoma. Szymon który jest urwisem ale jest kochany on czeka na ojca, ojciec na niego jest jego przekaźnikiem, żona - życzę  ci abyś szybko wyzdrowiała. „We have a dreams” Zdrowiej tam wysoko będę wspierał cię duchowo. Koleżanki i koledzy czekajcie na mnie, wrócę do was.

stupa

stupa

stupa

Okazuje się że za chwilę bedziemy lecieć nad Zielona Góra niezłe jaja, dostaliśmy menu, sałatka, do wyboru trzy drugie dania i alkohol. Jest tez menu w języku arabskim. Wybieram chicken masala, jest jeszcze cottage beef pie i mushroom risotto. 18:30 czy zbliżamy się do Zielonej góry I can believe. A na ekranie tv będzie Han Solo w wersji językowej angielski co prawda, lecz co tam. 18:59 jesteśmy nad Katowicami. Han Solo trwa. Kolacja na stole, wylądowała masala i whisky and now lecimy nad Morzem Czarnym jest wesoło, kombinujemy. Zjadłem bułkę. Can I panią poprosiłem o bułkę do masła obok siedzącą. Dureń. Ze szczęścia będę sikał po majtkach. Morze Kaspijskie. Stambuł, zbliżamy się. Taka fajna sytuacja a jakże inaczej. Drinks czy jakoś tak whiskey z colą coś byśmy jeszcze zjedli. Han solo. Fajny. Emily Clark. Ta sama matka smoków. Gra o tron. Poliren. Idioten Ręka chce pożyczyć poduszkę. 
Tammy - Johannesburg.

i tu też "fresh"

koloryt miasta

Czy mama kocha tatę? Pani Niemka ta od bułki śpi. Jakie nasze luźne rozmowy lecimy do świata dla mnie kompletnie nieznanego innego nie powiem ze dzikiego świata, oddalonego od nas bo przynajmniej o jedną dużą wodę, Morze Czarne, drugą wielką wodę, morze Kaspijskie i zastanawiam się czy nie trzecią wodę, morze Arabskie. Po kolacji wykwintnej, powtórzę masala teraz czas na drinka. 21:30 jeszcze 2,5 h lotu przed nami jeszcze trochę zostało. Breath. A Katmandu to będzie następny dzień. Dwudziesta trzecia - 0:46.

pięknie wplecione w zabudowę

Elderly woman - Pearl Jam. 
Landing. Jesteśmy w Doha. Po kilku drinkach w bardzo dobrych nastrojach jesteśmy w pierwszym miejscu przesiadkowym i jak to w samolocie bywa wszyscy już wstali a drzwi zamknięte, ale my mamy pamiątkowe zdjęcie w czapkach Qatar Airways, jesteśmy niemożliwi. 35 G lot do Katmandu i moje miejsce coś naknociłem. To w drodze powrotnej zwiedzamy Doha. Teraz lecimy bezpośrednio do Katmandu na lotnisku zjedliśmy ramen beef. 47 innych pieniędzy gorące, po trzech piwach Attachment.png
i czterech drinkach tak ciepły ramen smakował idealnie. W samolocie i przed samym boardingiem już było widać kto leci na trekking, plecak, buty, spodnie to widać na pierwszy rzut oka ten kto ma szczęście.

są wszędzie

element kultury

Ten samolot też jakiś duży, może nie tak imponujący  jak  777 ale robi wrażenie. No dobra, nocą kiedy na liczniku mam 02:05 trudno coś konstruktywnego wymyślać, co naprawdę rzuca się w oczy to delikatne zmęczenie. Delikatny kac taka sytuacja, „Go to fly” to Katmandu to Himalayan, do ziemi znanej tylko z opowieści, internetu, książek, jesteśmy coraz bliżej cudowna sytuacja Kath-ma-ndu poprawna wymowa tego miasta, zaraz lądujemy, według mojego zegarka jest 05:45 a z Berlina wylecieliśmy  o 17:55. W międzyczasie serwowano śniadanie. Była papka z jajko-podobnego czegoś lub sausage, jogurt, sok orange, bułka z dżemem, kawa. Chłopaki strzelili po piwie, próbowaliśmy się zdrzemnąć chyba coś się udało. Za oknami naszego samolotu a jakże chmury, nie ukazują się jeszcze szczyty. A jakże, widok to widok jak z obrazka, trzy pocztówki góry są to najwyższe nie ma wyższych niż Himalaje powoli się do nich zbliżamy radość nie do opisania. Koniec jednej historii, drogi jest początkiem kolejnej. Kogo to cytat? Pewnie jakiegoś starego chińczyka.

bujałam

kolejne "fresh" owoce

piękne, kolorowe

Trzeci raz podchodzimy do lądowania, cierpliwość może teraz się uda. W żołądku delikatne wibracje. 7 rano landing processing, 08:40 są bagaże mamy wizy możemy działać dostaliśmy już makmunali czyli kwiaty na powitanie jedziemy do hotelu. Katmandu jesteśmy ciepło inna wilgotność taksówka, hotel Norbulinka. Katmandu, lotnisko, czekaliśmy 1 h na wizę oni to mają wszystko w nosie po wyjeździe z lotniska okazało się że całe miasto no może niecałe jest jakiś taki bardzo ciekawe kolorowe dzikie jesteśmy już w knajpie piwo Everest, "Green organique" chicken kary 549 rupii
chicken masala 599 rupii
100 rupii to około 3 złotych
Piękna kelnerka, nepalka Kritika Subedi

Thamel

najzdrowsze owoce i nie tylko😀😀

Ustalanie ile porter weźmie kasy, ile dodatkowo na piwo wodę, mało dolarów? Jednym słowem, opracowujemy plan wejścia, jest ekscytacja będą drabinki, leniwe popołudnie piwo Everest Dingbucze. Permit już widzieliśmy, zostałem liderem, bingo i sytuacja niesamowita. Kunga wszystko nam tłumaczy w ciągu dnia wychodzi na island peak około 20 do 50 osób koszt wejścia do Daughaliri 15 000 $,  Ama Dablam do pięć i pół 1000 $, Manaslu to koło 11 000 $. Właśnie Kunga opowiada że miasto nadal odbudowuje się po trzęsieniu ziemi 
które nawiedziło Katmandu chyba w dwutysięcznym piętnastym roku do sprawdzenia. Przynieśli jedzenie. Orgazm wszystko świeże, kurkuma, kolendra, mięso doskonałe, wyśmienite kawa ciastko bomba klimat wyczuwalny na każdym kroku. Uliczki Thamel niesamowite. Tony kabli na słupach.
Little buddha-restauracja.

świeżo, prosto z ulicy

Mnóstwo kolorowo ubranych kobiet w sari. Nepalki są w gruncie rzeczy bardzo ładnym dziewczynami cudowne magiczne miejsce z tych wszystkich miejsc w których byłem dotychczas do kogo Katmandu  może być podobne? Jeżeli chodzi
o brud i syf na ulicach, to Albania. Niemniej to bardzo kolorowe miejsce z wszystkich miejsc dotychczas w których byłem to tak kolorowego miasta jeszcze nie widziałem z jednej strony bardzo kolorowy ulicę i jednocześnie bardzo zaniedbane. Trzęsienie ziemi które nawiedziło ten teren w 2015 r. 7,8 W skali Richtera dokonało dużego spustoszenia a nasz przewodnik Kunga stracił dom i restauracje którą prowadził. Wracając do samego miasta uliczki usiane są modlitewnymi kapliczkami praktycznie każdy plac jest ten sposób dekorowany, bębny modlitewne które miałem okazję już dotykać, jest w tym wszystkim mistycyzm. Tuktuki, motorki, skutery, małe taksówki, ryksze. Niekończąca się płynąca fala kolorowa bardzo kolorowa niesamowite kolory i samych ulic i ludzi coś naprawdę nieprawdopodobnego drugiego takiego miasta nie widziałem. Sklepiki oferujące „oryginalny” sprzęt outdoorowy. Korale mala, obrazy ręcznie malowane, chusty i kaszmir. Wielka, ogromna ilość sklepów z pamiątkami no i pyszne żarcie.

mistycyzm

Kolejny lokal by Katmandu - kitchen menu, kolejny etap wyżerki od jutra to wszystko się zmieni. Jutro lecimy do Lukli ale to chyba już mówiłem ten świat jakby zawirował nadal nie wierzę że jestem tu i teraz, deser przed nami. Kunga opowiadał dziś o szczelinach, wyjśćie o 1 w nocy.

dlaczego nie ma prądu?

Ale będzie czad. Tak mi się zdaje, taki atak szczytowy z prawdziwego zdarzenia ale będą emocje. Zaczyna się chyba w dniu moich urodzin 25.10. Tego dnia powinniśmy być w miejscu village Chukhung, 4300 mnpm i mamy mnóstwo kibiców, każdy z nas ma znajomych, znajomi mają swoich znajomych, wszyscy się nakręcają trzymają kciuki za nas i my sami wszyscy którzy w jakiś sposób są zaangażowani. Duchowo emocjonalnie, jeszcze jedna refleksja. Ludzi tutaj jest całego świata, europejczyków oczywiście nie brakuje, nie brakuje Amerykanów Hiszpanów są Brazylijczycy, Rosjanie.

zwykły widok na ulicę

You touch me talala w głośnikach po Coldplay,  taka odmiana bardzo wesołe, uwielbiam obserwować, ale to już chyba kiedyś mówiłem uwielbiam patrzeć na ludzi.

niedziela, 24 marca 2019

uczniowie profesora Janusza

w tle Kościelec

Kiedy kończy się jedno, drugie właśnie się zaczyna. 
Podczas bardzo udanego, ubiegłorocznego wrześniowego wyjazdu na Grossglokcnera, zakończonego dobrym i skutecznym wejściem na ten piękny szczyt, postanowiliśmy już po zejściu że chcemy dalej kontynuować edukację związaną z eksploracją górską poprzez i uczestnictwo w specjalistycznych kursach jak i właśnie tego typu wyjazdy jak ten akcent austriacki. Pokazał on że jeszcze bardzo długa droga przed nami aby szybko i skutecznie pokonywać kolejne szczeble górskiej edukacji. I wybraliśmy kolejny cel czyli kolejną część zimowego kursu prowadzonego przez szkołę wspinania Kilimanjaro. Marzec wydawał się dla wszystkich idealnym terminem. Te kilka miesięcy minęło bardzo szybko, i nawet człowiek się nie obejrzał i 13 marca w środowe popołudnie spakowani i pełni energii wyruszyliśmy z Zielonej Góry w kierunku na Tatry. Cel na ten dzień. Dotrzeć do Kuźnic. I stamtąd już tylko pod górę z plecakami skierować się do miejsca naszej bazy czyli schroniska Murowaniec.

ponownie schronisko Murowaniec 

nauka, tradycja, mapa, kompas

Około godziny 19 wyruszyliśmy spod parkingu i przez Boczań dotarliśmy do schroniska. Sporo śniegu, na początku podejścia wiele oblodzeń. Nie cierpię tego podejścia. Niemniej tempo mieliśmy bardzo szybkie. Po 1h i 50 minutach od wyjścia ze schroniska zameldowaliśmy się w recepcji schroniska. Miejsca w 10-osobowym pokoju już na nas czekały. Zmęczeni ale szczęśliwi. Co przyniesie tegoroczne szkolenie?. Niebawem się okaże. Zapowiedzi pogodowe nie są najłaskawsze. Lawinowa dwójka. Opady śniegu. Wiatr. Z drugiej zaś strony to chyba najlepsza pogoda na naukę. 
Czwartek obudził nas delikatnym opadem śniegu. I oczekiwaniem na rozpoczęcie szkolenia. Poprzedzonym śniadaniem miszczów czyli wielką porcją brei. Breja to połączenie płatków owsianych i kaszki manny truskawkowej zalewanej gorącą wodą. Pycha. I wielka porcja energii. 

rakiety to świetne rozwiazanie przy dużym śniegu

śniegu co nie miara

po prawej majaczy we mgle Kościelec

Godzina rozpoczęcia kursu już dawno minęła a Waldka nie widać. Lekkie zdenerwowanie wśród kursantów. KIlka minut po 10 pojawiają się instruktorzy. Nie ma Waldka. Jest Janusz. Jak się później okaże szef naszego kursu. Przedstawiono plan zajęć i około godz. 12 rozpoczęliśmy naszą część. Początek niby banalny. Praca z mapą i kompasem lub busolą. O 13 wychodzimy w teren wdrożyć poznane aspekty teoretyczne. Dostajemy na wyposażenie lawinowe abc i niektórzy z nas rakiety śnieżne. Zostaję liderem grupy i sprawdzamy jak funkcjonują nasze detektory. Opuszczamy teren schroniska i kierujemy się pod dolną stację kolejki na Kasprowy. Skład jest następujący: Ninja, Ręka, Kozioł oraz Lidka, Marcin, Daniel, Łukasz, Szef Janusz, Tomek instruktor i ja. Część z nas zakłada rakiety i kierujemy się na wybrany wcześniej azymut. Posługujemy się kompasami czy też busolą. Zdaniem Janusza i z tym trudno się nie zgodzić że teraz królują wszelkiego rodzaju GPS-y. W naszym przypadku połączenie nowoczesności z tradycją powoduje lekkie zamieszanie i wyznaczone cele osiągamy z lekkim błędem. Operujemy w kotłach stawów Zielonego, Dwoistego, Długiego i Kurtkowca. Jest wesoło.

wesoły Ninja

punkt asekuracyjny

Lidka wygrywa nieoficjalnie. Najpoprawniej wytyczyła drogę. 7-miu chłopaków zostawia w pobitym polu. Dla mnie najważniejsze jest to że jesteśmy na powietrzu, w toczeniu gór. Pogoda nie rozpieszcza. -9 stopni i wiatr w granicach 30 m/s. Lekko nas przeszywa. To dobra przygrywka do kolejnych dni. I są już pierwsze objawy zimna. Ręce moje odmrażam sobie dwukrotnie. Ból mocno nieprzyjemny. Wracamy o zmierzchu. Wieczorem zaplanowano jeszcze działania dydaktyczne związane z węzłami. Przypominamy sobie wyblinki, półwyblinki, francuzy i elementy asekuracji lotnej. Sporo tego. Kolacja z kwaśnicą w roli głównej. Dyskusje. Wieczorny klimat schroniskowej restauracji nie ma sobie równych. 

profesor Janusz

Kościelec

prowadzę wyciąg

Piątkowy plan zakładał wejście w Granaty. Niestety całonocne opady śniegu wymusiły zmianę planów. Janusz zdecydował że dzisiejszego dnia wychodzimy w kierunku przełęczy Karb i próbę zdobycia Kościelca. Wychodzimy ze schroniska, sprawdzamy działanie detektorów. Zostaję odsunięty do sekcji gimnastycznej i poruszam się na końcu grupy. Startujemy z dolnej stacji kolejki na Kasprowy. Rakiety śnieżne lądują na nogach. Pozostali brną w śniegu sięgającym miejscami wysokości uda. Wieje. Temperatura -3 st. Odczuwalna dużo niższa ze wzgl. na wiejący w granicach 40 m/s wiatr. Szybko osiągamy miejsce w którym dzielimy się na dwa zespoły. Ubieramy cały sprzęt. Uprzęże, raki, czekany.

podejście z Karbu na Kościelec

przełęcz Karb

jedni ze zdobywców Kościelca

Kaski. Wiążemy się linami i startujemy. W mym zespole prowadzę, za mną idzie Łukasz, później Lidka i całą stawkę zamyka Ninja. Drugi zespół tworzy Kozioł, Ręka, Marcin i Daniel. Mi pomaga Janusz. Tomek operuje przy drugim zespole. I zakładam różne punkty asekuracyjne. Taśmy, ekspresy. I pierwszy raz w życiu wbijam szpilki. Tempo nie za szybkie. Lidka ma problemy z liną. Wieje. W niektórych miejscach chłód przeszywa całe ciało. Ręce również dostają niezły wpiernicz. Piękna ścieżka edukacyjna. Super. Nic lepszego nie mogło się wydarzyć. I pogoda dwa razy była łaskawa. 

zjazd Ninja

zjazd Jacy Kozła

Ninja w ścianie

mój zjazd

zjazd Ręki

Pojawiło się słońce. Krótko bo krótko ale zawsze. Kolejny nasz cel to Kościelec. Piękny szczyt. Zimą robi wrażenie jeszcze groźniejszego. Ruszamy. Podejście w dobrym tempie. Droga niewiele się różni od tej wiosenno-letniej. Końcówka stanowi zawsze niemałe wyzwanie i dlategoż ponownie wiążemy liną. Prowadzi tym razem Jaca Kozioł. Wzmaga się wiatr. 

jedno z punktów asekuracyjnych

Janusz kontempluje

podejście na Zawrat

Szczyt osiągamy sprawnie i czekamy. Każda kolejna minuta na szczycie odkrytym, wietrznym obniża wewnętrzną temperaturę. Szczyt osiągamy wszyscy. Schodzimy w odwrotnej kolejności. W niektórych miejscach Tomek omija jako prowadzący podejrzane miejsca. Karb osiągamy sprawnie i schodzimy z niego do podstawy ściany brnąc w niektórych miejscach w śniegu po uda. Chwila odpoczynku, ściągamy cały sprzęt wspinaczkowy i wracamy drogą która normalnie w warunkach niezimowych jest niedostępna. Schronisko osiągamy w super humorach. Zmierzcha. Kolejny bardzo udany dzień.
finisz podejścia w wykonaniu Kozła i Ręki

początek Orlej Perci

Wieczór a jakże to przypomnienie sobie kolejnych węzłów i praca z liną. Na stole wątróbka. I piwo.
Plany na sobotę ambitne. A jakże. Z pewnością Zmarzły Staw, lodospady, i całkiem ambitna droga do zrobienia z finałowymi zjazdami niedaleko Zmarzłego Stawu. I na deser Janusz obiecał niespodziankę. Wychodzimy a jakże rano po śniadaniu miszczów czyli brei. Sprawdzamy detektory. Kierujemy swe kroki ku Wielkiemu Stawowi Gąsienicowemu. I nie idziemy tradycyjną drogą letnią a zimową prowadzącą w dolince, aby zminimalizować ryzyko zejścia lawiny. Temperatura -3 st., dziś ma powiać jeszcze mocniej. Poniekąd w kulminacyjnych momentach ma wiać z prędkością prawie 85 m/s. I ponownie spadło dużo śniegu co zapowiada ciężką przeprawę na podejściu. Dość szybko osiągamy Wielki Staw. 

uczniowie na Zawracie

słoneczne Tatry

Niezmiennie, nawet przy takiej pogodzie ten widok zachwyca. Kościelec. Granaty. Orla Perć. Kozia Dolinka. Przepiękne zachwycające. Przed wejściem na staw posiadacze rakiet zakładają je na nogi. Pozostali brną w świeżym śniegu. Nasze tempo jest szybsze niż tempo rakietowców. Stajemy na drugim brzegu stawu. Szlak wytycza Janusz trawersując zbocze. Za nim idzie Łukasz. Później ja i moi kompani. Nie ma dziś z nami Daniela który załatwił sobie palca. Mega odcisk. I niezdolność do prowadzenia akcji górskiej. Szybko osiągamy wysokość. Wyprzedzam Łukasza który idzie w rakietach. I jestem już przy Januszu. Docieramy w miejsce gdzie rozpoczynamy akcję górską. Dzielimy się na dwie grupy. Janusz prowadzi nasz skład: Kozioł, Łukasz, Ninja, Ręka i ja. Drugi team to Lidka i Marcin pod opieką Tomka. Przywdziewamy sprzęt wspinaczkowy. Zakładamy to co mamy najcieplejsze na siebie. Prowadzi Łukasz, za nim idzie Kozioł, później ja, Ninja i stawkę zamyka Ręka. Idziemy. Ściana jest w większości obita. A tam gdzie tego wymaga asekuracja zakładane są dodatkowe punkty. Droga pokonywana w rakach i z czekanem w ręku sprawia wiele radości. Ale i muszę się przyznać do jednej słabości. W miejscu w którym mieliśmy stanowisko asekuracyjne, dostałem zaćmy. Jak przyszła pora na mój ruch to zdębiałem. Nie miałem pojęcia jak się ruszyć. Wstyd. Zachowanie jak u juniora. A wystarczyło lekko się odchylić, wbić dobrze czekan i ruszyć do przodu. I poszło. Wiatr nie był naszym sprzymierzeńcem. Dotarliśmy do miejsca w którym zbudowaliśmy stanowisko zjazdowe i każdy z nas mógł przećwiczyć to co robiliśmy już „na sucho”. Super frajda. Piękne miejsce i ekstra doznania. Składam linę i idziemy w kierunku lodospadów. Śniegu co nie miara. Lodospady prezentują się okazale. A nad wszystkim góruje przełęcz Zawrat. Dumnie i w warunkach zimowych groźnie. 

dla odmiany zamglone Tatry

nowa funkcja w telefonie - portret

Lidka postanawia wykopać jamę razem z Tomkiem. Pozostali budują dwa stanowiska zjazdowe. Grzybek i klasyczne stanowisko oparte na dwóch czekanach. I zjeżdżamy. Półwyblinka. Stosując przyrząd zjazdowy. Z asekuracją i bez. Obok na lodospadzie ćwiczenia w poruszaniu się na tego typu podłożu. I na deser Janusz oznajmia nam że chętni idą na Zawrat. Na lekko. Drużynę na Zawrat stanowią: Janusz, Jaca Kozioł, Ręka, Ninja i ja. Pozostali z Tomkiem wracają do schroniska. I niech żałują. Nie dość że przełęcz osiągnięta w pięknym stylu, w szaleńczym tempie, 35 min od wyjścia z dalszego brzegu Zmarzłego Stawu. Z fajnymi ciężkimi warunkami na podejściu z kulminacją podejścia praktycznie na czworaka przy użyciu czekana. No i sam niezmiennie zachwycający widok na dolinę 5 stawów. Janusz narzeka na palce u rąk. Mocno zmarzniete. Skostniałe. Wiem co czuje. To ogromny, przeszywający ból. Po sesji zdjęciowej jeszcze szybsze tempo zejścia. Ależ piękne chwile. Świetne warunki. Cudowna atmosfera. Wymieniamy poglądy z Januszem. I wspólne obserwacje oraz doświadczenia. I plany. Plany również poruszane na przyszłość. 

widok na dolinę 5-ciu stawów

Zawrat w doskonałym stylu

widok z Zawratu na część Świnicką

Schodzimy bardzo szybko w miejsce gdzie kilka godzin wcześniej rozpoczynaliśmy akcję górską. Wchodzimy na staw.  W tym samym czasie na stawie pojawia się para skiturowców. Szansa na wyścigi? Niewielka a jednak powoli rodzi się wizja aby pościgać się z narciarzami. No to zaczynamy zabawę. Tempo wzrasta a im bliżej drugiego brzegu tym wizja zwycięstwa wydaje się być coraz bardziej realna. Nie wiem czy skiturowcy widzą moje zachowanie ale ja mam wrażenie że tak. Podkręcam tempo i już przy brzegu na końcowym podejściu pod znak turystyczny  wiem że wygram ten dziwny wyścig. W sumie satysfakcja. Wiem że to chore zachowanie ale ten chip współzawodnictwa jest silniejszy. Do schroniska schodzimy nieco wolniej uradowani i szczęśliwi. Ukontentowani. 

zjazdy

dużo sprzętu

a tylko jedna lina

Królewska kolacja a jakże - golonka i piwo. Najlepsza nagroda. Wykład Tomka. Wieczór mija nam w świetnych nastrojach. 
Niedziela jest ostatnim dniem zajęć. Piękna pogoda. Słońce. Ciepło. W porównaniu do poprzednich to różnica bardzo znacząca i odczuwalna. Niedzielne zajęcia bardzo blisko schroniska. Dużo zjazdów. Sporo podejść z wykorzystaniem jumara czy też innych urządzeń. A na deser flaszencug w wersji normalnej i szwajcarskiej. I kontemplacja pięknych widoków spowitych marcowym słońcem. 

fenomenalne pho. Jaca Kozioł

Kończymy szkolenie w świetnych nastrojach. Wielki bagaż wiedzy. Ogromne doświadczenie naszych instruktorów Janusza i Tomka i ich bezcenne uwagi. I pogoda. Lepszej trafić nie mogliśmy. Wiatr. Mróz. Dużo śniegu. Idealny poligon. Fachowość i chęć nauki. Pokora. Szkoda że musimy wracać. 

i tu także flaszencug

część flaszencuga

Szybki przepak. Oddanie sprzętu lawinowego i szpeju i w doskonałych humorach schodzimy przez Jaworzynkę do Kuźnic. Jeszcze obiad i powoli wracamy do domu. Kolejny cel nasz wspólny to sierpniowy podbój masywu Monte Rosa. I w międzyczasie utrwalanie wiadomości ze szkolenia co by nie myliła się mi wyblinka z półwyblinką. Janusz i Tomek - wielka przyjemność współpracy. Boys. Wam również dziękuję. To wielka sprawa być jednym z Was.
A wszystkim Wam życzę podobnych emocji zawsze. Zapraszam do galerii. Góry zachwycają zawsze i o każdej porze roku. 

Ciao.

środa, 30 stycznia 2019

Zapiski z podróży


Bohaterowie zapisków


Siedemnasty październik.
To już chyba czas odliczać minuty.
Powoli znoszę wszystko na dół do salonu i zaczynam gromadzić, ustawiać rzeczy. Wydrukowałem nawet listę rzeczy które musimy zabrać ze sobą. Poza tym jestem już w klimacie. Uduchowiony się staję.

czekając na "nieważkość"

Wczoraj rozmawiałem z panią Justyną, moją klientką która była w Katmandu i w Himalajach,  i wrócił odmieniona, uduchowiona. Ostoja spokoju. Ostoja spokoju i świata którego w Europie już nie zaznamy. Wielu sądzi że tylko dzięki buddystom na świecie jeszcze panuje względny pokój. Jako tantryczna siódemka należę do grupy podróżników i to mnie cieszy. Korale Mala, mandale ręcznie malowane, bębenki modlitewne, to to co warto zabrać ze sobą w drodze powrotnej. Strasznie mi zazdrości możliwości bycia już niebawem tam. Ja sam się też strasznie cieszę. Od kilku dni  panuje mega ekscytacja i zakładając że łatwo nie będzie, to czeka nas myślę podróż życia. Ale mam niczego nie  zakładać i niczego nie oczekiwać. Tam życie toczy się, szczególnie tam swoją prędkością i trzeba się tylko dać się ponieść temu wszystkiemu.

każdy lek opisany

W moim przypadku i moich kompanów dochodzi jeszcze akcent wysokogórski który może okazać się wyjątkowy pod każdym względem. Ekscytacjo trwaj jak najdłużej. A jaka tam jest różnica czasu? 3 h 45 min taka jest różnica między nami a Katmandu czyli jest u nas 14:35, to w Katmandu jest 18:25. Gniazdka elektryczne, to też mnie zastanawiało. Powinno być ok, ale Nepal boryka się generalnie z brakami w dopływie energii. Ale zobaczymy już na miejscu.
Ta oto powstająca książka, opowieść, dziennik ma już swojego promotora. Natalia bardzo mocno mi kibicuje i jak to powiedziała, nie zmarnuj tego talentu. Obiecuję że zrobię wszystko aby tak się właśnie stało.

pierwszy lot wielkimi liniami

Chłonąć, czerpać. Później inspirować. Niczego nie zakładać. Niczego nie oczekiwać. Sami Nepalczycy są bardzo otwarci.  No i magia gór. To co dla mnie jeszcze niedawno było wytworem mojej wyobraźni, to co widziałem tylko na stronach książek o Himalajach najczęściej zresztą. Ewentualnie na stronach internetowych. To za niedługą chwilę może stać się rzeczywistością. I tak jak nierzeczywista wydawało mi się sama wizja wyjazdu, tak teraz na 24 h przed odlotem. Bach.

sponsor

Jedziemy. Nie ma odwrotu. Hurra.  Mnóstwo ludzi kibicuje, zarówno moich klientów jak i moich współpracowników. Moich kolegów i przyjaciół, no i rodziny. Będzie to wydarzenie bez precedensu w moim życiu. A już ten rok który jest rokiem obfitującym w górskie zdobycze. Gerlach, Großglockner, Tatry z synem. I rodzina zdrowa. No prawie :(. Żona chorująca na boreliozę. Akurat przed moim wylotem, na dosłownie na kilka dni przed moim wyjazdem, mocny nawrót choroby. Źle się czuje. Borelioza to strasznie brzydka choroba, cholerstwo bym się wyraził. Trzymam mocno za nią kciuki i wierzę że wszystko będzie dobrze. Inaczej być nie może. 

zapiski

Czy ja się denerwuję. Pod kątem sportowym, fizycznym to nie wiem czy kiedykolwiek byłem w takim dobrym momencie. Petarda. Jednym słowem. Psychika? Mocno zryta. Ale to nie powinno nikogo dziwić. Jak będzie w górach? Dobrze. Pokora do gór wielka moja jest. Ja tylko mogę się tam na miejscu poryczeć jak bóbr z wrażenia. A jeżeli udałoby się osiągnąć wielki sukces i wejść na Island Peak, byłoby to niesamowite ukoronowanie całego wysiłku i może otwarcie wrót, drogi do innych eksploracji. Bardzo bym chciał. Tam może być różnie, to wiem. Podchodzimy do tego zdroworozsądkowo. Ale ekscytacja jest. Podniecenie. I wiara we własne siły i możliwości. Jesteśmy.

chaos 

Marzenia spełniamy swoje i cudze gdyż nie wszystkich stać na tego typu akcje, nie tylko o aspekt finansowy tu chodzi.  Fajne, mądre stwierdzenie. Muszę wracać zrobić obiad.

Ja stygnę a ty śpisz. Przestań śnić. Hej. Hej. Nie ma fal. Niebawem nowa płyta Dawida Podsiadły.

Kroję cebulę i uzmysławiam sobie fakt taki że jadę eksplorować góry. Ja człowiek nijaki. Nie nijaki. Nie pasuję do tego. Ja człowiek, istota myśląca.  Lecimy za 24 h. Lecimy. Jeszcze tylko pakowanie. 

Książka rodząca się w chaosie. Zapis mych myśli i wizji. I w oddali góry.