czwartek, 31 maja 2018

Montepulciano i nie tylko czyli Toskańskie wojaże czas rozpocząć

Tuskany - benvenuto

Nie tak dawno, całkiem niedawno, otrzymałem prezent w postaci mapy - zdrapki. Zdrapujemy na tej mapie miejsca i regiony które odwiedziliśmy, tworząc kolorowy obraz naszego świata. Świata którego już poznaliśmy. Ta moja mapa powoli zmienia swoją formę. Miejsc tajemniczych jest coraz mniej. 
Na tejże mapie zdrapałem już mały fragment włoskich regionów. Do okolic Verony, Wenecji, Jeziora Garda i Rimini oraz Rzymu kilka dni temu dorzuciłem nowy, niesamowity kawałek tego świata czyli włoską Toskanię. 
Toskania. Mógłbym nie powiedzieć nic. Ale byłbym nieuczciwy wobec siebie i znajomych. Opowiedzieć o Toskanii w kilku zdaniach też się nie da. Pasja poznawania nie ma granic. Kolejne za nami. Na tą chwilę nie wiem czy to będzie krótki czy też długi wpis ale postaram się zarazić Was wszystkich i zachęcić do eksploracji tego przepięknego regionu.
Sam pomysł na Toskanię kiełkował już dawno lecz brakowało jakiegoś zapalnika. Zaczęło się od wynajęcia domu który spełniałby wszystkie nasze oczekiwania. 

Poggio Gabbiano

Dom znalazły moja żona razem z córką i zarezerwowały go w jednej chwili. Jak się później okazało nasz dom - Poggio Gabbiano był strzałem w 10-tkę. 

najmłodsi radość niczym nie zmącona

Ola i Szymon

Pięknie położony, na wzgórzu otoczonym winnicami i polami, świetnie wyposażonym. Wzbogaconym o basen. Miejscem idealnym do wyciszenia i złapania równowagi. Sam wjazd na posesję prowadzi wzdłuż cyprysów, po białej szutrowej drodze. Można by rzec, droga do raju.

road to heaven

17 h w podróży. Jeden korek koło Ratyzbony, drugi ruchomy na obwodnicy Florencji. Lekko zmęczeni docieramy na miejsce. Na dziedzińcu stoją samochody ale nikt po nas nie wychodzi. Dzwonimy do szefowej obiektu. Okazało się że spodziewała się nas dopiero jutro rano, lecz nie ma problemu słyszę z drugiej strony słuchawki i pada informacja że niejaka Valentina będzie rezydentem naszym i pojawia się ona po okołu 15 min,. Załatwiamy wszystkie procedury, dokonujemy zakupu regionalnego wina i otwieramy drzwi do naszych komnat. Krótko mówiąc nasze apartamenty robią wrażenie. Każdy ma osobny pokój z łazienką. Z każdego okna rozpościera się niby ten sam a jednak trochę inny widok. Wielka jadalnia połączona ze świetnie wyposażoną kuchnią. Naprawdę to miejsce robi ogromne wrażenie.

oryginalna z tutejszej winnicy

Wino kończy się szybko. Smakuje wybornie. Zasypiamy.
Ranek kolejnego dnia budzi nas trochę niemrawo. Dzieci stoją w pełnym rynsztunku gotowi do aktywności basenowych. Nie ma żadnego pośpiechu ani też presji czasu. Poranna kawa z zaparzacza w tych okolicznościach przyrody smakuje idealnie. Ja wybieram się na pierwszy trening szosowy. Obieram kierunek na Cortonę. Mnóstwo kolarzy. Krajobrazy jak malowane. Wokół winnice i cyprysowe lasy. Pola. Wszystko kwitnie. Piękna kolarska pogoda. Noga kręci.

soxs inny w tym miejscu być nie może gdyż to czas przed Giro

Przede mną pojawia się miasto na wzgórzu. Cortona. Długi jak na takie warunki podjazd i zmieniająca się co chwilę wysokość powodują że widok staje się jeszcze bardziej niesamowity. Ja dojeżdżam pod samą bramę wjazdową do miasta. Odpuszczam wejście.

normalny tu widok

Duża liczba turystów nie zachęca do wejścia. Objeżdżam miasto i jego przede wszystkim mury obronne i pnę się dalej do góry. Mijam miasteczko Torreone i kieruję się w drogę powrotną. Cortonę odwiedzę jak się później okaże raz jeszcze. 

podjazd do Cortony

a to jedna z bram prowadzących do urokliwego miasteczka

Powrót do Poggio Gabbiano. Dzieci szaleją w basenie. Korzystam i ja z tych przywilejów. Zaraz po tym wyjeżdżamy na pierwszą wycieczkę. 

wszędzie drzewa oliwne i mnóstwo zielonego

jedna z atrakcji Cortony

Tuskany szczególnie na peryferiach może tak wyglądać

Zaczynamy od Montepulciano.
Miasteczko jak większość toskańskich miast położone na wzgórzu. Jako że jest to niedziela to ludzi jakby trochę więcej. Pierwsze zetknięcie z zabudową robi duże pozytywne wrażenie. Rzucają się jeszcze w oczy sklepy z miejscowymi wyrobami w postaci oliw i wina. Mnóstwo wina. Oliwę z tego regionu dostałem w ubiegłym roku od mej córki która była w tym pięknym miejscu. Z ciekawostek filmowych na jednym z głównych piazza kręcone były sceny do „Zmierzch - Księżyc w Nowiu”.

Julka a w tle "sławne" schody ze "Zmierzchu"

Zapadający zmierzch wygonił z miasta większość turystów. Zrobiło się luźniej. Widoki jeszcze bardziej zapierające dech w ustach. Krajobraz z zachodzącym słońcem omamia zmysły. Montepulciano jest miasteczkiem obowiązkowym na liście odwiedzin. Czy najlepszym w naszej, mojej subiektywnej ocenie. Niebawem się dowiecie. Jest jednym z najciekawszych. 

Piazzo Centro

Montepulciano

Tego dnia juz wieczorową porą wpadliśmy jeszcze do niewielkiego miasteczka Chianciano Terme. Bez turystów już na uliczkach. W licznych restauracjach za to sporo gości. Ale Chianciano to nie tylko termy. To przede wszystkim historia. Czasy jeszcze etrusków pamiętające. Mury obronne okalające centrum miasta to jedna z atrakcji. W środku zabytkowe bramy, studnie. Takie toskańskie klimaty. 

widok z murów obronnych

Powrót do domu. Oliwa, dojrzewające szynki, makaron ląduje na stołach. No i wino. A jakże. Testowanie lokalnych trunków trwa w najlepsze. 
Zrzucamy pierwsze zdjęcia. Bardzo udany toskański dzień. 

rower idealnie pasował do klimatu tego miasteczka

Noc za oknem, cisza od czasu do czasu zakłócana przez …. No właśnie.
Ewentualnie podmuch delikatnego wiatru zamyka nam okiennice.

Czytajcie, zdjęcia oglądajcie. Czus.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Biegówki, ... PASJA

prawdziwa PASJA

Cześć
Ahoj
Jakuszycki sezon anno domino zakończony. Jaki był? Jak przebiegały przygotowania do najważniejszego wydarzenia wśród biegaczy narciarskich w Polsce czyli Bieg Piastów?
Jak wypadł nasz team? Dlaczego warto uprawiać narciarstwo biegowe? Ile kosztuje wyrzeczeń przygotowanie się do sezonu? Czy są już plany na następny sezon? PASJA? Czy warto?
Mnóstwo pytań i jednoznaczna, zdecydowana odpowiedź. Jeżeli zapytacie mnie czy warto było poświęcić sporo godzin spędzonych na siłowni, na nartorolkach, biegowo i w wielu jeszcze innych sytuacjach dla 13 minut urwanych na 50 km klasykiem, 8 minut na 25 km dystansie, 27 sekund na 15 km biegu w memoriale Stanisława Michonia, dla niemocy na Enenrvit Classic 10 km gdy w czasie biegu i na mecie chciałem skończyć przygodę z biegówkami? Oczywiście, niezaprzeczalnie, zdecydowanie TAAAAAAKKKKKK.

kto dziś wygra?

Po pierwsze to wielka pasja. PASJA związana z byciem i współpracowaniem z najlepszymi. Najlepszymi, z charyzmą, chęcią walki, miłością do sportu i wielką ochotą do dzielenia się swymi doświadczeniami.  
Tak mam to szczęście.

pole walki
 Dzięki wsparciu rodziny w osobach szczególnie wife i dzieci oraz rodziców i sporej grupy znajomych mogę realizować zimą swoją pasję związaną z nauczaniem, wspólnym bieganiem, trenowaniem w Jakuszycach. Zimowej mekce narciarstwa biegowego. 
No dobra. 
I co niby takiego wielkiego ja tam właściwie robię. 
Niby nic wielkiego. Ale. Właśnie ale. Nauczam. Nauczamy. Prądkujemy. Przekazujemy wiedzę swą innym. Nowym. Pierwszoroczniakom. Nowicjuszom. 
I przy okazji mocno się tym cieszymy. Bardzo mocno. 
Dobra, jak w ogóle do tego doszło. Przecież to już kiedyś pisałem. Składowa kilku zdarzeń. 
W tym roku na samej polanie szkoliliśmy przede wszystkim grupy. I to duża zmiana. 
Mniej było wyjść na szkolenia indywidualne. Poza tym większą wagę zwracałem na własne samoszkolenie. 

meta finałowej edycji Enenrvit Classic 
 Początek przygotowań nastąpił niedługo po zakończeniu poprzedniej edycji Biegów Piastów. Nomen omen bardzo udanej dla mnie. Ale tak po tym wszystkim, jak opadły emocje zapytałem mojego guru Tomasza Kałużnego czy ja jestem w stanie przygotować się do kolejnego sezonu na biegówkach z myślą o poprawie swych wyników a przede wszystkim poprawie techniki. Of course, rzekł Tomek.
Rękawica została rzucona. Wyzwanie przyjęte. Tylko jak to wcielić w życie?
Zaraz na początku kwietnia udałem się na pierwszy trening siłowy. Bolało. 
W głębi duszy mówiłem sobie, nie pierwszy raz zresztą że jak boli to rośnie. Tak mówił mój trener. 
I tak powoli krok po kroku realizowałem nakreślony plan przez trenera. Wiele było korekt. Bo nie samo wykonywanie zadania jest najważniejsze a bardziej jego poprawność. Tak było w moim przypadku. Zajęcia zawsze zaczynałem stabilizacją. Później dopiero przechodziłem do zadań zasadniczych. Wspierał mnie w tym mój sąsiad outdorowiec który razem ze mną wrócił na siłownię po wielu latach niebytu.

walczymy

Było też raźniej.
I tak miesiąc po miesiącu realizowałem swój własny cel.
Do tego w tygodniu dochodził trening biegowy, regeneracyjny, ogólnorozwojowy, nartorolkowy. Dodatkowo czasami rower, basen a gdzie czas dla rodziny? A gdzie przyjemności? A wyjazdy w góry. Po wakacjach doszła jeszcze praca w roli trenera u pięcioboistów w Drzonkowie i w szkółce pływackiej miejscowego WOSiR.

sztruks pod nartą

Czy warto? A co z tego będziesz miał? To kolejne pytania. 
Jest jeszcze jedna rzecz dość ważna. Z taką PASJĄ wyjazdową jak w przypadku Jakuszyc wiążą się dojazdy. Zazwyczaj cotygodniowe. Czyli weekendowe. Najczęściej. Ale bywało tak że i w środku tygodnia byłem na nartach. I zawsze poza szkoleniami zostawał czas na własny trening.

nawet wówczas gdy coś nie wyjdzie jest czas na radość

Żmudne. Ciężkie. Treningi. Dojazdy. Najlepiej byłoby zapytać moją mamusię (teściowa) jak mocno i jak bardzo wracałem zmęczony do Świeradowa, gdyż tam mam miejsce noclegowe, najczęściej zaraz po zjedzeniu obiadokolacji zasypiałem. Bo musicie wiedzieć że nie samymi treningami, zawodami czy też szkoleniami żyjemy w Jakuszycach. Jest jeszcze serwis. W przypadku jakuszyckiego mamy do czynienia z serwisem nart czyli smarowanie, czyszczenie, regulacja kijów, dobór kijów, przycinanie kijów, uzbrajanie nart w nowe wiązania, doradztwo, sporo fachowych rozmów. Jest tego cała masa. Po całym takim zimowym dniu mamy prawo być zmęczonymi. Ale jakże jest to fajne. 
Pobudzające. Nawet poranne, czasami bardzo wczesnoporanne wstawanie nie robi wrażenia. 
Ja uwielbiam ten stan. A w szczególności po weekendowe powroty do rzeczywistości. Często spotykam się z pytaniem ze strony koleżanek i kolegów jak ja tak normalnie mogę wrócić do rzeczywistości po tak ekscytującym weekendzie. Ja bardzo dobrze się adoptuję. Może to kwestia przyzwyczajenia. 

nowe stroje YOKO Team Pilot

Kilka słów o teamie. Właśnie team. Jaki jest i kto jest członkiem. 
Zaczniemy od Marty. Sulechowianka. Walcząca. Teraz jeszcze z chorobą. Ambitna dziewczyna. Powinna zająć się wygrywaniem zawodów w fitness. Zero tłuszczu. Same muscle.
Emilka. Emilka Romanowicz. Córka Grażyny którą miałem okazję poznać. Supraślanka. Kadrowiczka. Zawodowiec znaczy się. Ten sezon poza Mistrzostwami Polski to zdecydowanie same sukcesy. Dietetyk. Zadzior.
Sergiusz. Fan siłowni i "komów". Komy czyli ranking najlepszych wśród użytkowników Strava. Rzekome Komy to odcinki, segmenty z danej trasy. Zalogowani użytkownicy Stravy mogą podejrzeć czy dany segment kolega nie pobiegł, pojechał szybciej. Amator. Duży potencjał. Wielki progres.
Łukasz. Nasz klimatyzator. Mocny zawodnik. W każdym starcie albo podium albo zaraz obok. Od niedawna szczęśliwy tato. Swoje narty najczęściej dopieszcza sam. Nie wolno ich nikomu dotykać.
Michał.
Szef ugrupowania czyli Tomek. Guru narciarstwa i wszystkiego co z tym związane. Nasz trener. Zawodowiec znaczy się. Absolutny wzór do naśladowania dla nas. Jak ocenia tegoroczny start w Biegu Piastów? Zawsze może być lepiej tym bardziej że nie dopuszcza nasz trener myśli o byciu drugim.
Michał. Fizjoterapeuta. Masażysta. W tym roku z powodu choroby nie udało mu się wystartować w żadnym wyścigu Biegu Piastów. Walczak. W planach ma życiówkę na maratonie.
Trzon tegorocznego składu uzupełniali jeszcze Michał Jus, Karolina Budzińska, Dorota, Paweł Budziński i nasz serwisant z Sulęcina Irek. 

Michu, trener i ja

I jak wypadł nasz team?
Ogólnie bardzo dobrze. Nie ma chyba wśród nas osoby która nie byłaby zadowolona ze startów. Wiadomo, bywało raz lepiej, raz gorzej. Były wzloty i upadki. Osobiste sukcesy a także porażki. Walka z własnymi słabościami. Taki jest sport. Takie jest zimowe życie w Jakuszycach. Szczególnie w tym roku odczuwalne były zimowe niskie temperatury. Wielokrotnie po powrocie z testów nart przez kolejne 30 minut nie byłem w stanie doprowadzić palców rąk do normalności. Wieczne przemrożenie. 

zwycięska sztafeta Enervit Yoko Team 2


Kto choć raz odmroził sobie palce wie o czy mówię. 
A już finałowy weekend z Biegiem Piastów to temperatury od -18 do -11 st. Ale temu wszystkiemu towarzyszyło słońce. I sama radość biegania.
Czy było warto i w imię czego katujemy swoje ciała skoro przybiegamy na 10, 17, 64 pozycji? Na starcie pojawiamy się zawsze z myślą o tym że wygramy. Będziemy pierwsi. Jesteśmy najsilniejsi. Najszybsi. Sam bieg to weryfikuje zazwyczaj ale radość zawsze jest taka sama. Pomimo zmęczenia. Wychłodzenia. I innych aspektów. 

wielcy do końca

Zdecydowanie warto udowadniać przede wszystkim sobie że bariery które występują są do złamania. Wszystko siedzi w naszej głowie. I to jest najważniejsza cecha sportowca. Mocna, pozytywna głowa, która w przypadku utraty sił fizycznych zastępuje mięśnie i wyścig rozgrywa się w nas wewnątrz. Przy pozytywnym nastawieniu zawsze wygramy. 
Medal który ląduje na szyi zawsze cieszy.
Plany na kolejny sezon są bardzo ambitne. Samodoskonalenie ciąg dalszy. Rozwój zapoczątkowany w ubiegłym roku będzie trwał. Wiem już gdzie jest jeszcze sporo do zrobienia, wiem też że to wszystko jest możliwe. 
Namawiam wszystkich do aktywności wszelakich. Nie każdy musi biegać na nartach czy nartorolkach ale robienia dla siebie czegokolwiek potęguje w nas dobry humor, wielkie chęci do życia i wzmacnia nasze pozytywne myślenie.
Już dziś zapraszam do Jakuszyc na kolejny sezon. Nikt nie zostanie pominięty a gwarantuję Wam że nikt z polany nie wyjedzie rozczarowany.
Siła w nas ogromna. 

jeden ze screenów utalentowanej biegaczki

Jeszcze raz gratuluję wszystkim moim kolegom bardzo udanych startów. 
Dziękuję Wam raz jeszcze za wsparcie i współzawodnictwo.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Niemożliwe nie istnieje. Dopóki funkcjonujemy nigdy nie przegramy.

ps. 
Jack White wydał znakomitą płytę - Boarding House Reach.

Czus. Zapraszam do oglądania zdjęć.

niedziela, 18 marca 2018

Lawinowa 3

nie można powiedzieć że zima nas zaskoczyła lecz...

Bondziorno😁
waldkowe liny kursantów

i tu też

Wchodzimy do schroniska gdy zaczyna zmierzchać. Sporo ludzi. Są liny na poręczach. To znak że może być Waldek. Mamy szczęście. Są wolne miejsca. Hurra. I jest Waldek. Wymieniamy uściski. Wieczór zapowiada się ekscytująco. Na stole ląduje smalec i piwo. Lubię ten schroniskowy klimat. Wówczas przy stołach robi się gwarnie. Słychać rozmowy. Czuć atmosferę gór. A najbardziej lubię w tych wieczornych rozmowach poznawać innych. Ich spostrzeżenia, dokonania, plany. Wszystko związane z górami. Bez względu na wiek góry łączą pokolenia.

podopieczna, z wielkimi możliwościami i aspiracjami
 Gdy pojawia się obsługa schroniska przenosimy rozmowy do schroniskowych pokojów. Ale nie idziemy spać. Wychodzimy jeszcze przed schronisko z czołówką aby zobaczyć cokolwiek. Ale nie widzimy niczego gdyż od dłuższej chwili nieustannie pada śnieg. 
Pada także o poranku. Gruby śnieg. Dużo śniegu.

tego dnia w żadnym kierunku nie było bezpiecznie

Poranek zapowiada się obiecująco gdyż nadal pada. I przed śniadaniem i po nim także. Nic nie widać. Plan zakłada wyjście w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. I co dalej. W takich warunkach szczytem byłoby podejście na Zawrat 2158 m.n.p.m.. Plan awaryjny to Karb z Kościelcem. Wychodzimy. Sypie śnieg. Grupa Waldka wychodzi w tym samym kierunku. Idziemy razem. Podejście pod Staw nie stanowi większego problemu. Tempo żwawe i szybko dochodzimy do kierunkowskazu nad stawem. Po prawej na podejściu pod Karb widać pierwszą grupę. Ja zabieram młodą adeptkę zimowego wspinania i chcemy ruszyć pod Zawrat. Od strony Zawratu przez staw maszeruje dwójka wspinaczy. Zapytujemy jak to wygląda a oni na to że cholernie ciężko. 3,5 h torowania przez głęboki śnieg i odwrót spod jednego z żebr pod Granatami. Ogólnie stwierdzają że warunki dupowate i wszędzie mnóstwo śniegu. Trochę się dziwią że poza standardowym podejściem pod Karb druga grupa próbuje podejść żlebem bezpośrednio pod Karbem. To teren mocno lawiniasty.

drogą przez staw

Nas pytają co planujemy. Zawrat.  W odpowiedzi słyszymy że samo przejście przez staw jest dość ciężkie a już samo podejście jest co chwile zasypywane przez ciągle padający śnieg.
Idziemy. Nie ma odwrotu. Sam staw dzięki podpowiedziom kolegów pokonujemy nową drogą, nowym śladem gdyż te wydeptane wyglądają mocno niestabilnie. Aż trudno w to uwierzyć że o tej porze staw jest tak mocno niestabilny, sporo śniegu ale chyba za mało mrozu. Przemykamy dość szybko po tafli z delikatną niepewnością. I stajemy na drugim brzegu. Przywdziewamy uprząż, dla młodej to debiut, wiążemy się liną, to także debiut, czekan w rękach miała wczoraj to już nie debiut, raki zakładała wczoraj, wychodzi na to że to weekend debiutów. Przygotowani idziemy w górę. Jak zapowiadano śniegu po tyłek. Pomimo widocznych śladów zapadamy się co chwilę po tyłek. 

pierwsze wiązanie liną, same debiuty

Ale żwawo idziemy do góry. Pod Zmarzłym Stawie słyszymy głosy. Ktoś nad nami próbuje podchodzić pod Zawrat. Decydujemy że chwilę odpoczniemy. Herbata. Jakaś kanapka. Mam ze sobą kawiarkę. 

kawa przy Zmarzłym Stawie

smakowała wybornie

Topię śnieg i przygotowuję kawę. Wychodzi całkiem smaczne małe espresso. Zaczyna delikatnie mrozić, ciągle pada. Podchodzimy jeszcze kawałek. Okazuje się że podejścia pod Zawrat nie widać. Odwrót. Nie ma sensu. Schodzimy tą samą drogą. W kilku miejscach nasze ślady są już zasypane. 

ciężki warun

a śniegu tyle

Brniemy w głębokim śniegu. Teraz trochę łatwiej gdyż z górki. Dochodzimy do brzegu stawu. Tym razem nie idziemy w poprzek a obieramy wariant przy brzegu od strony żlebów.Tu także mnóstwo śniegu. I nie do końca wiadomo czy nasza nogi idzie po tafli czy po brzegu. W kilku miejscach zapadamy się ponownie po tyłek. Dochodzimy też do miejsca w którym zeszła mała lawinka. 

czekan zapadł się pod Karbem

letnie podejście pod Karb

Widać którędy zjeżdżała. Praktycznie będąc na końcu obejścia czuję że lina którą jesteśmy związani jest napięta jak guma. Wycofuję się i widzę uśmiechniętą twarz młodej która oznajmia że wpadła jedną nogą po kolano do stawu. Niedobrze. Plan wspólnego podejścia pod Karb w tym momencie jest nierealny. Przy kierunkowskazie ściągamy z siebie uprząż. Klaruję linę. Młodą wysyłam do schroniska. Ma się osuszyć i buta doprowadzić do jako takiej dyspozycji gdyż planowane jest jeszcze wyjście na Waksmundzką. Ja zakładam plecak i obieram kurs na Karb klasycznym podejściem. 

taki stan uwielbiam

Po drodze mijaliśmy jeszcze dwójkę wspinaczy która była na Karbie. Stwierdzili że śnieg jest w miarę stabilny. No dobra. Just do it. Moje podejście klasyczną drogą kończy się po może 300 metrach jak kilkukrotnie zapadam się po pachy w śniegu. To w lewo to w prawo, dupa. Nic z tego nie będzie. Poza tym jestem sam i nie mam detektora. Schodzę i wybieram wariant podejścia w żlebie. Patrząc na Karb to po lewej stronie klasycznego podejścia. Tu także pokonuję jakieś 300-350 metrów i stosuję wycof. Nie podoba mi się ani śnieg ani to co dookoła i fakt mej samotności. Lubię ryzyko ale tym razem zwycięża zdrowy rozsądek. Wracam. Jest sam jak nie powiem co. Niemniej dobry humor nie opuszcza mnie. Nic spektakularnego nie zrobiliśmy ale każde nabyte doświadczenie w takich warunkach zaprocentuje w przyszłości. 

czekan, zestaw obowiązkowy

Wchodząc do schroniska okazuje się że ratownik TOPR ogłosił lawinową 3. Czyli już jest niebezpiecznie. Cieszą się podwójnie. Gór nikt nie zabierze. Góry stoją i stać będą. Wrócimy tu. Zatem odnajduję młodą adeptkę która ogrzewa się na kaloryferze. Buta także próbuje wysuszyć. Pozostali „waldkowscy” kursanci wieszają ponownie liny. Jak się później okaże warunki tego dnia w górach były na tyle niebezpieczne że doświadczony instruktor na wysokości przełęczy Liliowe spadł 7 metrów z grani na stronę słowacką. Jak się później okazało widoczność miał na jakieś 3 metry. 

z serii staw we mgle

gdzieś w tej mgle Kościelec

Nic się nie stało na szczęście. Zamawiamy kwaśnicę i piwo. Rozkoszujemy się wybornym żebrem wędzonym które pływa w zupie. Sprawdzamy stopień wilgotności buta. Raczej nigdzie nie pójdziemy. Wyszków tonie w bucie. Nie ma szans na szybkie osuszenie. Trudno. Rozsiadamy się zatem wygodnie na sali i wymieniamy swoje doświadczenia. Młoda adeptka jest pełna energii i już wie że zimowe Tatry to jest to. Doświadczenia poprzedniego dnia z niedopasowanym rakiem, pierwsze zetknięcie z terenem zagrożonym lawiną, czekan pierwszy raz w ręce, torowanie przejścia w naprawdę dużym śniegu. To z pewnością zostanie z nią na dłużej. W pamięci zachowamy wszyscy widoki nieziemskie, areny naszych zmagań choć tego dnia spowite delikatną mgłą i głębokim opadem lecz znajomości tu zawarte nie wiadomo czy nie skrzyżują naszych planów wędrownych w przyszłości. 

wędrówka po stawie

jeszcze jedno spojrzenie na Karb

Jak to zwyczajowo ma miejsce, wieczornych dyskusji nie ma końca. Przepraszam, mają koniec w momencie gdy w schroniskowej jadalni pojawiają się panie z obsługi. Wyraźne hasło padające z ust jednej z nich - "kończymy", mówi wszystkim że czas się przenieść do schroniskowych pokojów.
Noc spędzamy w pokoju 10-cio osobowym. Zdecydowaną większość stanowią kursanci.
W nocy kilku z nich wybiera się na nocleg w jamie śnieżnej wykopanej obok schroniska i dość szybko z niej wraca. Twierdzą że ciężko.
Jak jest zima i to w Tatrach to musi być ciężko.
Idziemy spać. Bardzo późno. 
Niebawem niestety czas powrotu. Co przyniesie niedziela i czy coś się wydarzyło już niebawem w trzeciej odsłonie.
Podsumowując. Lawinowa 3. Dużo śniegu. Niebezpiecznie. Niestabilny staw. Kąpiel w nim. Kawa przy Zmarzłym Stawie. Bardzo fajna i inspirująca znajomość.
Polecam zdjęcia i do następnego wpisu.
Czus.

sobota, 24 lutego 2018

Zimowe Tatry - nowa, zaskakująca odsłona.


Natura jest wielka, ma ogromną moc, zjawiskowa, nieobliczalna. Góry wszechobecne w moim życiu, były, są i już teraz wiem że będą ze mną do końca. Szkoda że tak późno dostrzegłem ich magię. Poza ukojeniem dla duszy powodują one że człowiek wraca z nich oczyszczony i inaczej spogląda na świat. Zimą góry stają się jeszcze bardziej magiczne. I nie mówię tu tylko o choinkach pokrytych płaszczem śniegu. Są one jeszcze bardziej niedostępne. Trudne. Pokory uczą na każdym kroku. Fascynujące jest w nich to że to co latem jest na wyciągnięcie ręki, zimą praktycznie nie do zdobycia. No chyba że mamy warun. No właśnie.


Plan na zimową wyprawę rodził się podczas wrześniowego tripu. A jak zapytacie czy warto w mrozie i chłodzie wszechobecnym chodzić po górach zawsze mam jedną odpowiedź. Zapraszam. Nie musimy od razu jechać w Tatry, majestatyczne i wysokie. Możemy na początek pojechać tam gdzie mamy bliżej. Dla jednych będą to Karkonosze dla innych Bieszczady. Nie myślcie że zimą te góry są łatwiejsze gdyż zimą nie ma łatwych gór. W ogóle nie ma łatwo w górach. Góry są wymagające ale odpłacają tym co mają najlepszym czyli cudownymi wyjątkowymi niepowtarzalnymi zjawiskami.
Te zjawiska w górach potrafią się zmienić szybko i niespodziewanie. Na wszystko trzeba być przygotowanym. Sprzęt, ubrania, mapy. Na wszystko szczególnie zimą musimy być przygotowani.


Zapomniałem wspomnieć o bardzo ważnym aspekcie jakim jest dostosowanie terminu do prognoz pogody. Zimą w górach o wszystkim może decydować zagrożenie lawinowe. Bardzo niebezpieczne zjawisko. Zatem poza rakami, czekanem, kaskiem najważniejszy powinien być detektor lawinowy. 
Wybór terminu w moim przypadku miał duże znaczenie. Zagrożenia lawinowe, ilość śniegu, moje zajęcia na basenie, początek zimy w Jakuszycach, praca w korpo. Jaki tu termin będzie najbardziej odpowiedni.  Szybki trip taki jak lubię. Wybór pada na 2 w nocy. O tej porze wyjeżdżam. W Tatrach na moje szczęście ogłoszona lawinowa 2. Zapowiedzi dużych opadów śniegu. A plan na trip? Kuźnice, Kasprowy Wierch, Beskid, Przełęcz Świnicka, może Świnica, Zawrat i nocleg w 5-tce. To pierwszy dzień. Drugi dzień zapowiada się równie atrakcyjnie. Może Kościelec. Szpiglasowa Przełęcz. Cokolwiek. Aby być i czuć.

Popołudniowe podejście pod Kasprowy

Jak się później okaże plany zostaną szybko zweryfikowane. Lecz to też jest urok takich krótkich wyjazdów. Być przygotowanym na wszystko. 

Kasprowy Wierch - weryfikacja planów

Wybieramy opcję Murowaniec

No to jedziemy. Start o 2 w nocy. Przy dobrych warunkach na drodze w granicach 7.30-8.00 powinnienem zameldować się na parkingu w Kuźnicach. Będąc w okolicach Rabki gdy zaczynają pojawiać się ośnieżone szczyty widok jest obłędny. Góry na wyciągnięcie ręki. Po prawej Diablak wyglądający mocno majestatycznie. Obłędnie. Już nie mogę się doczekać. 

Wysokie Tatry okryte pierzyną chmur

Parking w Kuźnicach pusty. Szybki przepak i wychodzimy. Jako pierwsi tego dnia kupujemy bilet do parku. Jako pierwsi stajemy na początku zielonego szlaku prowadzącego na Kasprowy. 

Z Kasprowego widok na Lilowe

Kierunkowskaz wskazuje 3h. No to idziemy. Ślad wydeptany. Bezwietrznie. Delikatne słońce jest z nami. Początkowo wszystko jest ok. Idzie się dość lekko pomimo plecaka w którym mam 60-cio metrową linę, kask, czekany, raki, i cały szpej. Cała trudność podejścia zaczyna się w okolicach Myślenickich Turni. Tu zaczynają się kosodrzewiny. Teren jest odkryty. I zaczynają się trudności. Szlak jest zasypany. W wielu miejscach zapadamy się po tyłek. Jest naprawdę ciężko. Nie sądziłem że brnięcie w tak kopnym śniegu z tak wielkim plecakiem może być tak wyczerpujące. A idziemy pierwsi. Więc tą najcięższą robotę wykonuję jako pierwszy. Mniej więcej na wysokości Suchej Czuby 1696 m.n.p.m. dochodzimy do niebezpiecznego żlebu. Kije zamieniamy na czekany.

jak czekan to czekan

Żleb wygląda na stabilny. Opada on bezpośrednio do Doliny Goryczkowej. Krok po kroku. Szukamy szlaku. Jest. Śniegu nadal po tyłek. Wychodzimy na przełączkę. Tu śniegu jakby mniej zatem zakładamy raki. I mozolnie pniemy się do góry. Mijają nas inni turyści którzy szli po naszym śladzie. A nawet kadra naszych kajakarzy których kojarzę z obozów w Jakuszycach. Oni na szczyt wbiegają. 

Świnica w tle, zejście do Murowańca


Po prawej wspaniała panorama Tatr Zachodnich. Mount Giewont, Łopata, Kondratowy Wierch, Małołączniak. Wszystko wygląda w szacie zimowej przepięknie. Końcówka podejścia na Kasprowy jest mozolna tak jak całe to dzisiejsze podejście. 1987 m.n.p.m. 4h i 45 minut. Czas podejścia. Zima pokazała swój pazur raz pierwszy. Tego się nie spodziewałem. Już podczas podejścia zweryfikowałem plan na dzień dzisiejszy. Gdyby się udało podejść chociaż na przełęcz Świnicką? Na Kasprowym herbata gorąca i szybka weryfikacja planów. I spora grupa skiturowców. Pierwotny plan padł zatem najbliższym miejscem noclegowym jest Murowaniec. Na Liliowe 1952 m.n.p.m. też nie dojdziemy. Nikt w tamtą stronę nie idzie a i nie widać nikogo kto szedłby od strony Świnicy.

Daria, młoda adeptka zimy w Tatrach

Schodzimy do Murowańca. Tylko czy będzie tam miejsce o tej porze. Ryzyko jest takie że gdyby nie było miejsca trzeba będzie schodzić schodzić do Kuźnic pewnie już z czołówką. Z Kasprowego próbujemy zjeżdżać na tyłkach. Skiturowcy zjeżdżają w kierunku Hali Gąsienicowej. Po prawej piękna panorama. Kościelec, Świnica. Wygląda przecudownie. Wracają wspomnienia z ubiegłego roku. Kurs zimowy w Tatrach. Murowaniec. Ten teren był przez nas dobrze spenetrowany. A gdyby się okazało że Waldek z Kilimanjaro u którego byłem na kursie w poprzednim roku jest w Murowańcu. To byłaby niespodzianka. 

Śniegu po pas

Raport z Murowańca i kolejnych dni w Tatrach Wysokich w zimowej, nowej odsłonie w kolejnym wydaniu mojego mocno spóźnionego wpisu. Tyle rzeczy mam na głowie. Niemniej PASJA by abdulaltarrik w natarciu. Miłej lektury. 

Kościelec po prawej

W tle Hala Gąsienicowa
To co. Do usłyszenia. 
Nowa płyta Lao Che. Polecam.