czwartek, 22 grudnia 2016

Flaszencug, kluczka, wyblinka....

na dobrym kursie

Cześć
Tytuł mojego wpisu ciekawym Wam się wydaje. Nieprawdaż? Za nim wytłumaczę znaczenie i sens w/w słów powiem co w trawie piszczy czyli co dziś na mej blogerskiej wokandzie. Zatem w części wywiadów bohaterką będzie pewna Pani, Mama, Babcia, Teściowa o imieniu Wanda, mieszkanka pięknej okolicy niedaleko Świeradowa Zdrój, oaza spokoju i dobroduszności, niekwestionowana mistrzyni obiadów 6-daniowych, twórczyni ciastek prostych zarazem, jednocześnie smacznych do obrzydliwości, kochająca i mająca wielki dystans do siebie samej, niezrównana w bojach o byt w swych dzieci, kobieta o wielkim sercu czyli MAMUSIA. Dla niewtajemniczonych MAMUSIA to moja teściowa.
W części górskiej opowieść o kolejnym tripie, tym razem zimowym, z przyjaciółmi w ukochanych Tatrach.
Będzie też trochę o muzyce gdyż odkrycia wielkiego dokonałem dzięki Arturowi S. Daddy's Cash to cudo się nazywa.
Ale po kolei.
Wywiad na początku. Muszę się Wam przyznać że mój kontakt z teściową jest nietypowy. Rzadko zdarza się mamusia która nie komentuje, nie wchodzi z butami do małżeństwa swej córki, jest bezstronna, ma poczucie humoru, próbuje czasem się odgryźć, ugotuje to co sobie zięć zażyczy, poza tym wysłucha doradzi, pogłaszcze. Czasem stwierdzam że jest za dobra dla innych. Jej oto spojrzenie na życie. Zapraszam.

Bałabym się... chorób wszelakich,
Gdybym mogła wybrać miejsce do zamieszkania... bliżej moich dzieci,
Film wszechczasów... Titanic,
Płyta the best ever... któraś płyta Czerwonych Gitar,
Książka, którą ostatnio kupiłam... ostatnio nie kupuję tylko pożyczam, posiadam zacną bibliotekę, książka the best ever; Ania z Zielonego Wzgórza,
Mój sportowy ideał...  mój zięćJ
A muzyczny... Irena Santor,
Muzyka, której nie znoszę... Heavy Metal,
Najchętniej podróżuję... samochodem, z mym zięciem,
Najgorsza moja cecha... upór,
Najlepsza moja cecha... bezstronność,
Najważniejszy zespół w historii rocka... Czerwono-Czarni,
Kim byłabym gdybym inaczej wybrała... nauczycielem,
Pierwsze pieniądze zarobiłam... przy remanencie,
Pierwszy koncert, na którym byłam...Czerwone Gitary, Sopot,
Najbardziej obrzydza mnie... obóz rządzący,
Przyszłość sportu... mój wnuk Szymek,
Samochód... nie posiadam,
Recepta na sukces... upór,
Ulubione danie... knedle, własnej roboty,
W telewizji oglądam... najczęściej odprężające mnie seriale,
Na co wydałabym ostatnie pieniądze... na dzieci,
Marzenia?...spłacić wszystkie długi,

Jak najlepiej spędzam czas?... w kuchni,

Krótko, bez nadmiernego rozwijania tematu z lekkim uślizgiem w kierunku zięcia. Męskie ego zostało połechtane. Mamusia zadowolona, to jej pierwszy wywiad w życiu. Życzymy kolejnych przykładowo w "Działkowcu",  Telewizji Śniadaniowej, Wanda łamie przepisy itd.

Flaszencug - system stosowany gdy ofiara poruszająca się po lodowcu nie jest w stanie pomóc ratującemu. Wyobraźcie sobie sytuację że poruszacie się po lodowcu związani liną w zespole trójkowym i jeden z Was wpada w szczelinę. Należy wówczas założyć stanowisko które jednocześnie zabezpieczy Was jako ratujących i jednocześnie pozwoli ofierze aby wydostać ją z czeluści lodowca. To flaszencug szwajacarski. Wymaga od nas szybkości i posiadania kilku rolek dzięki którym wybieranie liny z ofiarą będzie możliwe. Tyle tytułem wstępu.

poruszanie się w rakach

iga na podjściu

prawie komplet

żleb pod szczytem

no comments

toruję drogę

szukam miejsc bezpiecznych

Tego i innych rzeczy uczyłem się wraz z przyjaciółmi podczas zimowego kursu wysokogórskiego organizowanego przez Szkołę Wspinania Kilimanjaro Waldka Niemca podczas ostatnich kilku dni w naszych pięknych, zimowych Tatrach.


Organizacją samego kursu zajęła się Ewelina zwana Dudzią, jedna z bohaterek naszej wspólnej wyprawy na Kaukaz. Pozostali kursanci to: Isabel, Iza teraz już mężatka Wezgraj, jej mąż Kuba, chłopak Eweliny Bartek, Paulina Sawcia Sawka, Jaca Kozioł, Ninja no i ja. Miejscem stacjonarnym kursu było schronisko Murowaniec. Sam proces organizacyjny przebiegł bardzo szybko i sprawnie. Padło tylko jedno pytanie, kto jedzie i czy termin pasuje? Jak się okazało grupa stanęła na wysokości zadania i w środowy wieczór stawiliśmy się w Zakopanem. Jeden nocleg, krótka powitalna noc, przepak bagażu i o 6 rano w czwartek wyszliśmy w kierunku Kuźnic a dalej niebieskim szlakiem do Murowańca.

Kuźnice wczesnym rankiem

na rozstaju

Tempo dość żwawe. Otoczenie zamglone, widoczność taka sobie. Nie wiało na szczęście. Kilka krótkich postojów na podejściu i wczesnym rankiem meldujemy się w schronisku. Śniadanie, meldunek i czas zacząć zajęcia. Początek to oficjalne przywitanie kursantów. Skład całego kursu uzupełnili jeszcze; Iga stażystka, Konrad, Nicola, student, Francuz z ogromnym poczuciem humoru, Adam i Marcin. Instruktorzy to Waldek, główny szef, Jacek i Piotrek.

waldek siedzący i piotrek

Wszyscy panowie to instruktorzy PZA. (PZA czyli Polski Związek Alpinizmu). Wstęp i rozdanie niezbędnego sprzętu. Każdy kursant otrzymał detektor lawinowy, łopatę do kopania między innymi jamy śnieżnej, i sondę lawinową oraz szpej w postaci taśm asekuracyjnych, tasiemek, karabinków, ekspresów i kubka do asekuracji. Niezbędne było posiadanie kasku, czekana, raków i uprzęży. I to wszystko plus liny było codziennym wyposażeniem naszych plecaków plus kurtki, rękawice i herbata zbawienna.

sonda lawinowa

łopata

detektor lawinowy zwany pipsem

szpeju trochę

detektor innej firmy

Pierwszy dzień poświęcony był na naukę wyhamowywania z pomocą czekana i obsługę detektorów lawinowych zwanych popularnie "pipsami" wraz z szybką diagnozą zagrożeń lawinowych, kończąc na szybkim rozkładaniu sond lawinowych. To wszystko kończyło się imitacją poszukiwań zaginionego pod lawiniskiem. Lataliśmy po polu śniegowym szukając sygnału.

nauka 

po hamowaniu podejście

Fajna zabawa wymagająca dużej sprawności ruchowej i dobrej synergii z innymi poszukującymi. Obyśmy nie musieli nikogo nigdy wyciągać. W warunkach szkoleniowych wychodziło wszystko. Nauka hamowania z wykorzystaniem czekana i z założonymi rakami też do łatwych nie należy. Wymaga to od nas skupienia i szybkości działania. Jedna podstawowa zasada: masz założone raki na podejściu, musisz mieć czekan w ręku, w innym przypadku hamowanie samymi rakami skończy się połamaniem dolnych kończyn. Był mega fun. Te zadania wykonywaliśmy już podzieleni na dwie grupy. Pierwsza pod dowództwem Waldka to Iga, Marcin, Adam, Nicola, Ninja i ja.Druga to Sawcia, Dudzia, Isabel, Bartek, Kuba i Jaca Kozioł pod przewodnictwem Jacka. Cały dzień pierwszy upłynął na przyzwyczajaniu organizmu do minusowych temperatur które towarzyszyły nam do końca kursu. Ale uwierzcie mi nie ma nic piękniejszego niż to uczucie wychłodzenia na twarzy, lekko popękane usta, ogorzałe policzki. Świeżość. Kontemplacja. I powrót do schroniska który nastąpił jak już zmierzchało. Suszenie rzeczy. Obiadokolacja, szybkie piwko na regenerację. I czas na teoretyczne zajęcia. Pokaz węzłów. Wyblinki, półwyblinki, kluczki, motyle alpejskie i inne. Sporo zabawy.

Sawcia jako model

iga prezentuje buchtowanie

Kolejny mega fun. Tym bardziej że dla jednych to nowość dla innych powtórzenie tego już co umiemy. A wieczorem? Co można robić wieczorem w schronisku. Integrować się przykładowo. Przy stole poznawaliśmy siebie racząc się wiśniówką, czy też innymi napojami. Robiło się wesoło ale też i zarazem późno. Poprzednia noc nieprzespana też nie pomagała w regeneracji. Z czerwonymi policzkami, uśmiechnięci kładziemy się spać. 

widok sprzed schroniska

trip

widok powala

liliowe przed nami

Kolejny dzień zapowiadał się ekscytująco. Przed nami długie podejście na Przełęcz Liliowe 1952 m.n.p.m., a później kierunek Świnica 2301 m.n.p.m., taternickim podejściem w pięknej, bezchmurnej aurze. Słońce rozgrzewało z minutę na minutę. Widoki przecudne. Idealna bezwietrzna pogoda. 

kasprowy wierch

waldek

tam też będziemy jak się okaże później

w dole schronisko

Nic tylko się wspinać. Tempo narzucone przez Waldka nie za szybkie. Minąwszy kosodrzewiny zakładamy raki. I tak jak w warunkach schroniskowych raki z butami przylegały idealnie tak w warunkach polowych czas na założenie sprzętu nieco się wydłużył.

raki na nogach

Część z nas pierwszy raz zakładała je na buty. Moje już kilkukrotnie testowane. Kaukaz, Tatry, Karkonosze. Ninja toruje trawers w żlebie. Idzie pierwszy. Dość szybko osiągamy przełęcz. Musicie uwierzyć że zdjęcia które widzicie to realny świat tamtych chwil. Cudo. Wszystko na wyciągnięcie. Krywań wydawał się tak blisko. Hruby także. Diablak tak dobrze widoczny jak rzadko kiedy. Piękno. Forma egzystencji niczym nieskalana. Radość na twarzach pomimo mrozu. Zachwyt. To się nigdy nie skończy.

seria no comments...

yhmyhmyhm

łaułau

fuck

cudo

ja pierd....

jest dobsze

Krótka przerwa i po podejściu na Przełęcz Świnicką 2051 m.n.p.m., zakładamy uprzęże i wyciągamy czekany. Rozpoczynamy żmudny trawers w śniegu niekiedy po pupę szczytu. Tym razem jesteśmy już związani liną, lotna asekuracja, buchtowanie, nauka podchodzenia w trójkach żlebami, wśród skałek wykorzystując przeloty. Piękna pogoda ciągle nam towarzyszy. Szczyt coraz bliżej. Przed nami na Kościelcu widzimy kilka postaci. I jesteśmy. Ninja pierwszy raz na Świnicy i to na dodatek zimą. Nicola na szczycie rozpościera flagę Bretanii skąd pochodzi. Robi się zjawiskowo. Niby nieduży szczyt. Ale każdy ma swój Everest. Adrenalina buzuje. Endorfiny chcąc opuścić nasze ciała.

łajza vel ratrak

widok na zachodnie

i panorama

zestaw niezbędny

ninja

za mną Marcin

tu będziemy podchodzić

widok ze Świnicy

Bosko. Zdjęcia. Herbata. Lina do plecaka i szybkie zejście na przełęcz. Tam kolejne zadanie.
Samo zejście w głębokim śniegu to także wyzwanie i kolejna nauka. Jest szybko. Jest bosko.
Stajemy na przełęczy. Jest słońce. Panorama jakby się ni zmienia. Ośnieżone szczyty. Te kilka lat spędzonych w Tatrach pozwala na nazywanie szczytów przed nami praktycznie bez błędu. Topografia terenu zwłaszcza w górach ma niebagatelne znaczenie.
szczyt jest nasz

no właśnie

Zjazd żlebem stromym z wykorzystaniem tzw. grzybka śniegowego.

element rysunku technicznego

tak to ma wyglądać

zakotwiczenie

To nasz kolejny cel. Szybki kurs teorii i czekany plus ręce w ruch. Wykopujemy rynnę w kształcie bardziej wielkiej kropli i zakładamy stanowisko zjazdowe. Ja schodzę ostatni. Moim zadaniem będzie likwidacja stanowiska. Polega ona na tym że stojąc na dole muszę bardzo mocno i energicznie ściągnąć na siebie dwa zakotwiczone czekany połączone taśmami i oczywiście linę. Wszyscy schodzą bez najmniejszych problemów. Jest zajebiście. Full full pussy. Schodzę i ja. W tym czasie moi koledzy pozbywają się uprzęży i raków. Ja likwiduję stanowisko. Mocna praca rąk i po chwilowym niepokoju związanym z zaklinowaniem się czekanów lina puszcza. Ja robię fikołka. Lecę na brzuchu. Żleb stromy. Jakimś cudem ustałem. Zwijam linę i jadę na dół na tyłku za pozostałą ekipą. Wyhamowywanie czekanem. Jest prędkość. Jest cudownie. Staję obok Ninja i z rozkoszą wymieniamy uwagi dotyczące zjazdu. Poruszamy się w kierunku Zielonego Stawu. W okolicach Karbu 1853 m.n.p.m. widzimy dwie postacie. Wracają wspomnienia sprzed kilku lat.

ninja rozpoczyna zjazd

jest fun

Trawersowaliśmy wówczas Karb w głębokim świeżym śniegu. Bez sprzętu. Wariactwo. 
Dochodzimy do grupy. Wracamy robiąc wyjątkowe zdjęcia wyjątkowych osób w wyjątkowych okolicznościach przyrody. Tatry. Słońce oświetla kopułę szczytową Kościelca. Na tle granitowo-czarnych, pokrytych śniegiem szczytów ten jest wyjątkowy. Wracając w miejscu gdzie zaraz za schroniskiem rozchodzą się szlaki na Zawrat i na Kasprowy spotykamy grupę Jacka. Oni w tym dniu zaliczyli wspi lodowy, jamę śnieżną i to co istotne podczas poruszania się po lodowcu czyli naukę chodzenia i schodzenia w rakach w lodzie.

kościelec

przed Beskidem

Oni też są uśmiechnięci. Pogoda jest naszym sprzymierzeńcem.
W schronisku ciąg dalszy integracji. Bartek wyciąga wyjątkową śliwowicę. Z wypiekami na twarzy wymieniamy uwagi, sugestie. Wesoło już jest. Wesoło będzie do końca wyjazdu. Poznajemy grupę wspinaczy z Pomorza. Wieczór ten chyba się nie skończy. Nicola twierdzi że jesteśmy crazy man. Ciekawe dlaczego? 

with Sawcia i Jaca Kozioł

Pogodny ten francuz. Na zajęciach z teorii wcielam się w rolę tłumacza. Nicola siedzi obok mnie i próbuję tłumaczyć mu zasady panujące w sytuacji zagrożenia na lodowcu jakim jest wpadnięcie jednego z partnerów do szczeliny i próby jego wyciągnięcia. Brakuje słówek. Pomagają inni. Ninja wtulony w Konrada. Za dużo świeżego powietrza. 
Kończymy dzień w radosnych nastrojach.

polecam!!!

Dadd'ys Cash.


To absolutnie wyjątkowy i ciekawy zespół który powstał w Zakopanem. Grają blues, soul z elementami jazzu. Brzmią fantastycznie. Jedna z płyt nagrana z Johnym Lee Hookerem. W dorobku w sumie trzy albumy. Są wyjątkowe. Tak jak wspomnienia tatrzańskie. 
Kończę część pierwszą.

to także

Uciekam do wyjątkowej lektury. Nanga Parbat autorstwa Piotrka Tomzy i Dominika Szczepańskiego.
Polecam.
Kończę cześć pierwszą. Już teraz polecam Waldka i ekipę jako super team szkoleniowy. Kilimajaro. Tak czymać.
Zapomniałem dodać że otrzymałem ksywę - RATRAK. Więcej szczegółów w części drugiej.
Dziękuję Wam wszystkim uczestnikom za to że w tak doborowym towarzystwie można było kontemplować to co najcudowniejsze w górach.
Ukłony.

niedziela, 11 grudnia 2016

Wena, inwencja twórcza, pasja, marzenia...

pan wena

Cześć
Tak mnie w nocy obudziła chęć podzielenia się z Wami moimi spostrzeżeniami i opiniami na różne tematy że skróciłem sobie sen i siadłem do napisania kilku słów. To się wena chyba nazywa. W każdym bądź razie obudziła mnie inwencja twórcza. Wena a nie potrzeba fizjologiczna. Oto zatem jestem.
W głowie kołaczą mi się ciągle w głowie nowe pomysły oczywiście naturalnie związane z wyjazdami w góry. Ale nie tylko. Analizujemy to co za nami i zastanawiamy się także nad tym co może się nam przytrafić. Jako że przede mną wyjazd w me ukochane Tatry i lutowy wyjazd, wylot na penetrację Islandii zajmę się najpierw codziennymi wydarzeniami.

Tatry, zdjęcie niestety nie moje:(

W sekcji wywiadów dziś bohaterem będzie młoda dama, studentka psychologii, blogerka, jej dzieło pod nazwą 'Wilk i Owca" to skarbnica wiedzy z zakresu nauki studiowanej przez nią plus kulinarny warsztat z przewagą zdecydowaną dań wegetariańskich, wszystko szykownie oprawionych słownie i fotograficznie, można by rzec że chciałoby się skonsumować zdjęcie tak to fajnie wygląda. Poza tym prowadzi ta młoda dama dyskus o świecie czasem z samym sobą o problemach życia naszego codziennego.

owsianka pani Nicol

Jej imię to Nicol. I okazuje się że bardzo dobrze znam jej mamę. Świat jest mały. Ale to tak nawiasem mówiąc. Zapraszam do wywiadu gdyż nasza bohaterka pierwszy raz uzewnętrzniła się przed światem.

http://wilkiowca.pl/

Bałabym się... każdego dnia odczuwam strach przed czymś, ale skoro mówimy o konkretach, to bałabym się wyruszuć w samotną podróż szlakiem Pacific Crest, tak jak zrobiła to Cheryl Strayed.  Myślę, że jeśli bym to zrobiła, to być może przestałabym się już bać. Przy okazji polecam film "Dzika droga".

Gdybym mogła wybrać miejsce do zamieszkania... byłby to domek nad jeziorem najdalej 50 km od gór ;)
Film wszech czasów... Mam kilka cudownych filmów na myśli, które obejrzałam w określonych momentach życia. Zazwyczaj nie były przypadkowe, bo każdy z nich mnie zainspirował, pomógł znaleźć odpowiedź na nurtujące pytania.
Płyta the best ever... Podobnie jak wyżej. Filmy i muzyka, po które sięgam są odpowiedzią na mój nastrój. Zazwyczaj trafiałam na płyty, na której są lepsze i gorsze kawałki. Jeśli znasz doskonałą, to mi ją podsuń - chętnie przesłucham.
Książka, którą ostatnio kupiłam... zazwyczaj kupuję na zapas. Ta, którą zaczęłam czytać to "Małe życie" o dojrzałej przyjaźni czterech mężczyzn, brutalnej przeszłości i trudach jakie spotykają ich na początku dorosłości.
Mój sportowy ideał...  to ten z pasją, świadomym zaangażowaniem, rozumiejący i akceptujący wzloty oraz upadki.
A muzyczny... pozostaje sobą, bez względu na obowiązujące trendy.
Muzyka, której nie znoszę... nadgorliwa, np. gorące hity rozbrzmiewające w radiu co 5 minut
Najchętniej podróżuję... Tam, gdzie mnie intuicja poniesie. Tam, gdzie będzie miejsce na odpoczynek, aktywność w otoczeniu natury, eksplorację tradycji i kultury.
Najgorsza moja cecha... niecierpliwość.
Najlepsza moja cecha... refleksyjność.
Najważniejszy zespół w historii rocka... dla mnie to Pink Floyd - przywołuje najpiękniejsze wspomnienia z pierwszych lat studiów psychologicznych, kiedy poznałam moją przyjaciółkę Alicję ;). Upajałyśmy się muzyką i uprawiałyśmy nostalgię.
Kim byłabym gdybym inaczej wybrała... wciąż sobą.
Pierwsze pieniądze zarobiłam... sprzatając.
Pierwszy koncert, na którym byłam... mini festyny się liczą? ;) Nie jestem koncertowym typem, ale pewna 3majówka we Wrocławiu z udziałem: Hey, COMA, Kazika i Moniki Brodki zapadła mi w pamięć. 

Najbardziej obrzydza mnie... zawiść.
Przyszłość sportu... jeszcze więcej przekroczonych ludzkich granic.
Samochód... kiedyś się przyda. Póki co, całkiem nieźle radzę sobie z komunikacją miejską.
Recepta na sukces... bardzo uniwersalna: działanie w zgodzie z samym sobą, autentyczność. W to wierzę.
Ulubione danie... owsianka!
W telewizji oglądam... najczęściej odprężające mnie seriale.
Na co wydałabym ostatnie pieniądze... zabrałabym je w podróż dokądś, przed siebie.
Marzenia?... są bardzo osobiste i jak najbardziej realne. To jednocześnie moje cele.


Pyszne. Ciekawe. Frapujące. Trzymam kciuki za rozwój zarówno osobisty jak i kulinarny. 

Wracając do mych rozważań nad życiem to uczestniczyłem ostatnio w spotkaniu które zainicjował mój syn, 9-letni Szymon. W spotkaniu uczestniczyła także socjoterapeuta ze szkoły do której uczęszcza mój syn, pani Agnieszka. Spotkanie dotyczyło problemów emocjonalnych Szymona zarówno w szkole jak i w domu a także w czasie treningów. Szymon jest trochę łobuzem ale za to bardzo pewnym siebie, lubiącym być w centrum uwagi, nie bojącym się komentować pewne wydarzenia, czasami niepotrzebnie, niemniej postać to nietuzinkowa. Młoda osoba która już jest kontrowersyjna. Inna? W sensie charakteru z pewnością tak. Problem wywołany do tablicy to brak szacunku Szymona do nauczycieli, trenera a co najgorsze do nas. Do rodziców. Próbowaliśmy wielokrotnie sami z żoną zapytać skąd u niego zachowania typu: nienawidzę cie tato, ostentacyjne obrócenie się na pięcie w czasie prób rozmów, zatykanie uszu swoich, lekceważący wyraz twarzy. Na to wszystko zwróciła uwagę także pani Agnieszka która zauważyła podobna sytuację w zachowaniu w szkole. No i zaczęliśmy rozmawiać. Szymon jest także zawodnikiem zarówno pięcioboju nowoczesnego jak i chce zostać piłkarzem. Zajęć treningowych ma sporo. Udaje się nam to wszystko godzić logistycznie. W zajęciach na basenie i w terenie w czasie biegania biorę z Szymonem i jego grupą czynny udział. Czuję się tam członkiem prawowitym grupy. Dużo widzę, obserwuję, analizuję. Szymon od pewnego czasu wyrażał niechęć do pływania. Na początku był bunt z mej strony. Podstawowa zasada nic na siłę. Ale nie dawało mi to spokoju. Zbawienna okazała się rozmowa z Agnieszką. Jej sugestie. Moje informacje spowodowały że wraz z Szymonem umówiliśmy się na rozmowę w 3 pary oczu. Kilka dni wcześniej Szymon w rozmowie z panią Agnieszką zasugerował że jego niechęć do basenu to wynik szkalowania dokonań młodego przez dwóch starszych kolegów z drużyny. Rozmowa rozwinęła się do takiego stopnia że nie obyło się bez łez. Szymon jest strasznie wrażliwym młodym chłopcem. Cenić go trzeba za to że nie bał się porozmawiać o swych problemach na spokojnie nie tylko ze mną ale i w obecności w sumie obcej mu osobie. Wnioski po tej rozmowie były takie że natychmiast ten problem trzeba zgłosić trenerowi. I to już zostało zrobione. Pewnie ten proces trochę potrwa niemniej jestem przekonany że wszystko się ułoży. Czy ja mam coś sobie do zarzucenia gdyż w czasie rozmowy Szymon zasugerował że poświęcam mu za mało czasu. Trochę to zabolało. Ja sam uważam że dwa wspólne męskie wyjazdy w Tatry w tym roku, codzienne bycie z nim w czasie sesji treningowych, wspólne zabawy przy grach planszowych to za mało? Cofnąłem się pamięcią do mojego dzieciństwa i? Z rodzicami byłem w ciągu swego życia dwa razy na wspólnych wakacjach, i nie był to problem pieniędzy, wszystko poznałem dzięki sportowi. Obozy sportowe, częste wyjazdy na konsultacje pomogły mi zobaczyć najróżniejsze zakątki naszego kraju. A tu taki zarzut ze strony syna że nie poświęcam mu czasu. Smutno mi się zrobiło. Ale nie ma co beczeć. Trza działać. Rozmowa z trenerem już się odbyła. Wczoraj razem z młodym trening został solidnie przepracowany. Ma serce do walki. Może te jego chwilowe NIE na basenie to objaw zmęczenia. 

Szymon i Maja Włoszczowska

Przecież on trafił w tym roku do najstarszej grupy. Pływa i biega razem z 13-14 latkami. Pewnie też. Ale problem szatni jest na tyle duży że sam sobie z tym nie poradzi. Ja cieszę się że taka rozmowa doszła do skutku. Rozmawiać trzeba. Zdecydowanie.Nawet sam ze sobą. Nieustannie. W tym konsumpcyjnym życiu dobre relacje z synem czy córką mają wymiar ponad czasowy. A szczególnie młode osoby same z problemem sobie nie poradzą. Wracając do gór wywołanych na wstępie. Pochłaniam ogromne ilości książek o tej tematyce. Niedawno moim łupem padła książka, kolejna pozycja o Jurku Kukuczce. Pochłonąłem "Smak Gór" Ryszarda Pawłowskiego. Teraz na tapecie jest Nanga Parbat i Kolejna pozycja o Ryszardzie Pawłowskim którego miałem okazję poznać w miniony weekend podczas odbywającym się w Krakowie Festiwalu Górskim. Poza tym mnóstwo stoisk z odzieżą outdoorową, wszystko można było dotknąć, porozmawiać. Mnóstwo ludzi których pewnie jedną z najważniejszych pasji jest miłość do gór.

polecam

W którymś wpisie napisałem, a raczej pisałem to w każdym że marzy mi się wyjazd na trekking w Himalaje. Nie muszę się wspinać na ośmiotysięczniki, choć bardzo bym chciał, ale samo przebywanie w świątyni Gór i móc oglądać to własnymi oczyma, celebrować, karmić się najcudowniejszymi widokami, tak mówią ci co widzieli, byłoby spełnieniem moich marzeń. I słuchajcie. Moja kochana żona wyraziła zgodę na taki wyjazd.

Island Peak

Island Peak part 2

Za cel obrałem sobie wyjazd z Panem Ryszardem Pawłowskim na Nanga Parbat i Island Peak. Jest tylko jeden mały problem. Koszt podróży. 4 tysiące dolarów plus bilet lotniczy. Miesiąc prawdziwej górskiej wyrypy. I teraz mega was zaskoczę. Gotowy jestem celem nazbierania funduszy sprzedać rower. Swój szosowy rower. Kilka lat temu na sam pomysł stuknął bym się w czoło kilka razy a teraz. Zmieniają się priorytety. Inne są też cele. Niedawno jeden z moich znajomych zapytał mnie jaki cel sobie stawiam? Taki kolejny. Rzekłem natychmiast że chciałbym się sprawdzić w naprawdę wysokich górach.

Ama Dablam

Cześć kolegów nazywa mnie koń. Czy koń pociągnie tak wysoko? Ama Dablam to góra przepiękna, wznosząca się na 6812 m.n.p.m. a Island Peak to góra mająca nieco ponad 6189 m.n.p.m. Chciałbym bardzo pojechać na trekking właśnie z Panem Pawłowskim. Jego agencja czyli Patagonia ma bardzo dobre recenzje i opinie i stąd decyzja aby w tamtym kierunku wybrać się z kimś bardzo doświadczonym. Pan Ryszard na samym Evereście był 5-ciokrotnie. Wszedł także na K2. Wspinał się z Jurkiem Kukuczką czy Krzysztofem Wielickim. Popularny "Napał" gwarantuje bezpieczeństwo a i zarazem dużą dawkę adrenaliny. A to lubię bardzo.

I Ama Dablam

Projekt oficjalnie otwieram. W przerwie świątecznej zabieram się także nad projektem: skąd wziąć tak duże fundusze.

w drodze na Ama Dablam

Trzymajcie jak zawsze kciuki.Za kilka dni wybieram się z kilkoma znajomymi w Tatry na kurs zimowy. To kolejny element mej edukacji górskiej. Każdy wątek edukacyjny ma pomóc mi i ułatwić mój rozwój w tej dziedzinie. Jak pokazuje życie każdy trening przyczynia się podnoszenia swych umiejętności. Kocham to robić. A wizja i możliwość noclegu w jamie śnieżnej przyciąga jak magnez. Narazie prowadzę wielką edukacją teoretyczną. 

tatry, zdjęcie niestety nie moje:(

Poza tym Szymon w ubiegłym tygodniu startował pierwszy raz w zawodach PentaDay organizowanych przy okazji Mistrzostw Polski w kategorii do 14 roku życia w Spale. Oczywiście mówimy tu Pięcioboju Nowoczesnym. Dwie życiówki. Szczególnie ta biegowa robi wrażenie. 600 m w 2:007. Zuch. Julia, moja córka uparcie dąży do swojego celu który sobie wyznaczyła czyli medycyna. Wszystko idzie w dobrym kierunku. Za oknami wietrznie i deszczowo, zatem wybrałem się dziś z żoną na zajęcia z jogi. Bolące plecy po zajęciach jakby trochę odpuściły. Zresztą był to mój debiut. Zajęcia polecam bardzo, szczególnie osobom które ćwiczą bardzo intensywnie i nie do końca mają czas aby zaraz po treningu zadbać o prawidłowy streching. Myślę że to nie były moje ostatnie zajęcia. Żegnam się z Wami. Do usłyszenia. Jestem przekonany ze zbliżający się wyjazd w Tatry dostarczy mi mnóstwa emocji oraz Wam wielu ciekawych, interesujących zdjęć i mych spostrzeżeń.See you.