środa, 24 czerwca 2020

Franka na szlaku.

Zamek Grodno

Franka na szlaku.

Buongiorno.
Ciao amici. 
Nadszedł ten moment aby nakreślić kilka słów o naszym pierwszym wspólnym wyjeździe z dala od domu, po wszystkich szczepieniach, debiutancki, i odrazu pierwszy, górski wraz z naszym nowym członkiem rodziny. Mowa o France.
Franka, Francesca, nasz Jack Russell Terrier, nie lubi jeszcze jeździć samochodem. Zazwyczaj nawet krótkie wycieczki kończą się wiadomo, niekomfortową sytuacją zarówno dla Franki, jak i dla nas. Tych sytuacji nie jesteśmy w stanie uniknąć. My dotychczas podróżowaliśmy bardzo dużo, przynajmniej tak mi się zawsze wydawało, i dalej planujemy to czynić, w związku z tym Franka musi się do tego przyzwyczajać. 

zamek, widok z dziedzińca 

okno z widokiem na historię

Pomysł na wyjazd kiełkował już dawno. Czekaliśmy tylko na zniesienie obostrzeń związanych z pandemią, no i na moment, kiedy Franka po wszystkich szczepieniach bezpiecznie może z nami podróżować. Wybór padł na pasmo górskie znajdujące się niedaleko naszego miejsca zamieszkania. A mowa o…..
Góry Sowie. Bliskość Zielonej Góry. Fajny dojazd. I mnóstwo atrakcji. Zabytki, historia, przyroda. Wiele fantastycznych miejsc. Dobór miejsca noclegowego, dobór chętnych. Kto chce z nami pojechać. Szybko okazało się że chętni są ci sami, sprawdzeni we wspólnych wojażach, outdorowiec con famiglia e amici con Świebodzin. 
Miejsce pobytu tym razem musiało zostać przefiltrowane pod kątem możliwości przenocowania psa. I takie miejsce znaleźliśmy w Jedlinie Zdrój. Willa Kwiaty Polskie. Pięknie położona, z fajnym standardem. Super obsługą. 
A jakie atrakcje zaplanowałem na te trzy dni?

brama wjazdowa 

w tle wieża zamkowa

W planach Osówka i Walim, sztolnie owiane fantastyczną historią, wycieczki piesze w góry, Wielka Sowa z pewnością jako klasyk, zamek Grodno, i pewnie coś niestandardowego. 
Piątek czyli pierwszy dzień rozpoczęliśmy od wizyty w zamku Grodno. 
Zamek z ponad 700 letnią historią. Zamek-warownia. Jedna z najładniejszych i najlepiej zachowanych warowni na Dolnym Śląsku. Z fantastycznym widokiem z okien wieży zamkowej. Położony na wzgórzu, na szczycie góry Choina. 
Stawiamy auta na parkingu u podstaw zamku. Przed nami do pokonania krótkie podejście na 450 m.n.p.m. Franka ochoczo wspina się do góry. Outdorowiec wraz z rodziną czeka na nas przy kasach. Mamy rezerwację razem z audio guidem. 

budynek gospodarczy

widok z dziedzińca

Odbieram bilety i zostaję z Fnacescą przed zamkiem, na jego dziedzińcu. Niestety wejście do zamku jest niemożliwe. Trudno. Spacerujemy. Franka robi furorę. Zamawiam regionalne piwo i dopo espresso. Frankę interesuje dosłownie wszystko. Obawiałem się trochę tego czasu na niewielkiej przestrzeni. Franka wzbudza wielkie zainteresowanie praktycznie wszystkich pojawiających się na dziedzińcu. W międzyczasie pierwsza w jej życiu frytka pada jej łupem. Ależ radość. W międzyczasie okazuje się że bardzo miła Pani z kasy pozwala mi wejść z Franką do zamku. Nie ma już kierownika jak to mówi, to mogę śmiało wejść na drugi dziedziniec. Wykorzystujemy tą chwilę i wraz z Franką meldujemy się na drugim dziedzińcu. Dochodzą do nas odgłosy wędrujących po zamku. 
Wracamy i wracają oni. Zadowoleni, uśmiechnięci. Oddajemy sprzęt i przenosimy się w okolice zapory wodnej na jeziorze Bystrzyckim. Wykorzystujemy możliwość podziwiania zapory od dołu i spacerujemy również po samej tamie. Kamienna budowla pamięta jeszcze czasy I wojny światowej. Stanowi ona przyjemną, wartą zobaczenia atrakcję turystyczną, spotęgowaną jeszcze oddaną niedawno kładką która robi szczególne wrażenie nocą gdyż okraszona jest kolorowymi iluminacjami. Ciekawy punkt na mapie zwiedzania.

fotel dla niepokornych

regionalne piwo

Po tych niezapomnianych chwilach w komnatach zamkowych i pięknych widokach z tamy udaliśmy się do polecanej knajpy o nazwie „Fregata”. O dziwo, a był to piątek udało się znaleźć wolny duży stolik bez wcześniejszej rezerwacji. Co prawda nie mogliśmy podziwiać widoków bezpośrednio z tarasu restauracyjnego ale mieliśmy dużą salę dla siebie. I mogliśmy w niej być z Franką. Szacun dla restauracji.

zapora, widok z dołu

widok z tamy na stronę zamku

Polecano kaczkę i pstrąga. I tak się zamówienia podzieliły. Oprócz naszych pociech. Tam królowały makarony i frytki. W ostatecznym rozrachunku było smacznie ale w moim przypadku trochę za skromnie. No cóż.
Pożegnaliśmy „Fregatę” i udaliśmy się do naszej willi. Jak już wcześniej wspominałem willa ma świetne położenie. Zapowiadało to ciszę i spokój. I jak się okazało tak właśnie było. 
Rezydentka willi oprowadziła nas po pokojach i faktycznie każdy z nich ma inną, kwiatową nazwę. Poleciła jeszcze kilka miejsc, część z nich była nam znana i była na naszej rozpisce ale wieża widokowa na górze Borowa już nie a poniekąd warto. 

jezioro bystrzyckie

Franka i ekipa na szlaku

Wieczór pełen emocji związanych z pierwszą nocą w nowym miejscu. Działo się ale to dzięki naszym pociechom. A Franka? Świetnie sobie poradziła. 
Zamykam zatem pierwszy dzień opowieści. 
Sobota zapowiadała się bardzo ciekawie. I intensywnie. Ale o tym w następnym wpisie. 
Teraz czytajcie i podziwiajcie zdjęcia. 
Miłego popołudnia. Czyli Buon pomeriggio.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Krwawe zejście z Małołączniaka.


tre giorni, trzy pasma, czterech wędrowców
Buongiorno.
Ciao amici. Kończymy tryptyk górski. Trzy dni, trzy pasma górskie. Niejako na deser zaproponowaliśmy sobie ukochane Tatry. Koncepcji i propozycji tras było kilka. Zważywszy na pogodę i nasze majowe historie w Tatrach w latach ubiegłych należało wziąć po uwagę że szczególnie Wysokie Tatry będą śnieżne i niezbędne będzie zabranie zimowego szpeju, czytaj: czekan, raki i kask. Prognozy i informacje sugerowały że nieco spokojniej jest w Tatrach Zachodnich, Czerwone Wierchy graniowo bezpieczne i sprzęt wspinaczkowy nie jest konieczny. Obrady przy świecach i szklance dobrego trunku dnia wczorajszego zakończyły się podjęciem decyzji iż zważywszy że nie wszyscy mamy ze sobą pełen sprzęt wspinaczkowy, obierzemy kierunek rozpoczynając z Kuźnic, poprzez Kalatówki, schronisko Kondratowa, przełęcz pod Kopą Kondracką, Małołączniak i zejście w kierunku Przysłup Miętusi, Dalej w dół Doliną Małej Łąki w kierunku Gronika. I stąd dwie opcje powrotu. Albo bus do Kuźnic lub też drogą Pod Reglami w kierunku skoczni narciarskiej. Na Małołączniaku mieliśmy podjąć ewentualną decyzję uzależnioną od tempa i warunków czy kontynuujemy nasz trip przez Krzesanicę i dalej Ciemniak i zejście na dół.

w drodze na Kopę Kondracką

Zważywszy że czekał nas powrót do Zielonej Góry musieliśmy zrobić ten trip dość sprawnie. 
Plan wprowadziliśmy w życie i wyspani, wypoczęci, niemniej delikatnie wymięci, spakowani ruszyliśmy do Kuźnic. Podczas pakowania okazało się że poprzedniego dnia, prawdopodobnie podczas ucieczki przed psami, zgubiłem swe kije. Black Diamond które były ze mną w Alpach, Himalajach, przeszły wiele kilometrów w Tatrach postanowiły mnie porzucić. Trochę się do siebie przywiązaliśmy. Ale cóż. 

montagna view

Parkujemy naszą furmankę na terenie COS Zakopane. Aby przyśpieszyć wejście przesiadamy się do busa i po chwili jesteśmy pod kasami kolejki na Kasprowy. Zero ludzi. Coś nieprawdopodobnego. Nie ma kolejki. Pandemia.
Ruszamy w kierunku schroniska-hotelu górskiego Kalatówki. Każdy kto był tu choć raz wie że droga prowadzi po wielkich kocich łbach. Na szlaku żywej duszy. Dopiero przy hotelu czekają na nas 4 niewiasty. Ruszają za nami. Kolejny punkt to schronisko na Kondratowej. Tu chwilę odpoczywamy. Uzupełniamy płyny. Przed nami rozpościera się piękny widok na przełęcz Pod Kopą Kondracką. Cudownie ośnieżony żleb. Wyjścia są dwa. Pierwotny plan zakłada wejście na przełęcz tym właśnie żlebem. Inna opcja do podejście w kierunku Giewontu. Tu dzielimy się na dwa zespoły. Ja ze strongiem Ręką, wyposażeni w niezbędny sprzęt wysokogórski idziemy pierwotnie planowaną drogą. Ninja i Miś idą w kierunku Giewontu, a z przełęczy mają się kierować na Kopę Kondracką. Tam mamy się ponownie spotkać. 

na grani między Kopą a Małołączniakiem

Z podejścia na przełęcz Kondracką mamy z Ninja cudowne wspomnienia, jak to kilka lat wstecz razem z naszymi dziećmi wybraliśmy się na przełęcz na której to zastał nas siąpiący deszcz i gotowanie zupy pomidorowej. Chwała dzieciom za wejście. 
view na słowacką stronę

Zatem w drogę. Początek spokojny. Bezśnieżny. Tam gdzie zaczynają się kosodrzewiny tam zaczyna się śnieg. Widać też świeże ślady przed nami. Widać dwie sylwetki poruszające do góry. Szybko nabieramy tempa. I szybko osiągamy wysokość. Popędzany przez rosnącego w siłę strong Rękę, prę do góry. Nie mogę złapać tchu. Słyszę tylko, faster, faster, piu veloce, szybciej, nie ociągaj się. Rośnie w siłę. Napieramy na żleb. Raki zbędne. Ale nasze la sportivy robią świetną robotę i czekany w rękach. Nachylenie w granicach 45 stopni. Jesteśmy na przełęczy, na której to wieje. Na podejściu nie czuć było wiatru. Sporo słońca. A na górze szybko się przebieramy w suche i wędrujemy do góry. Po drodze mijamy dwójkę która szła przed nami. Kilka minut i jesteśmy na szczycie Kopy Kondrackiej. 2005 m.n.p.m. Wieje. Synchronizacja jak w szwajcarskim zegarku. Mija kilka chwil i na szczycie od strony Giewontu pojawiają się Miś i Ninja w towarzystwie dwóch młodych zakopianek które dzięki pandemii zaczęły chodzić po górach. I strasznie żałują że tak późno zaczęły. Sesja zdjęciowa. Łyk herbaty i przenosimy się na Małołączniak 2096 m.n.p.m.
Wieje mniej na grani podczas zejścia. W dołku stojąc jest nam wręcz gorąco. 

strong na podejściu w żlebie

autor

Widoki niby znane ale za każdym razem to wszystko co znamy prezentuje się inaczej. Jest zjawiskowo. I to zarówno od strony słowackiej jak i od naszej. I kolejny raz widzimy nasz poniedziałkowy szczyt. Diablak prezentuje się bardzo dumnie. 
Wymieniamy uśmiechy z innymi wędrowcami. Nawet prezentujemy się do zdjęcia które wykonuje piękna niewiasta sugerując nam że mamy słabe mobility. Próbuje nas obrazić? A kto z nas wie o czym ona mówi? Mobility? To jakaś figura? Hahahaha 

mobility?

Łyk kolejny herbaty i niebieskimszslakiem schodzimy w dół. Strasznie upierdliwe zejście. Szlak dość mocno zniszczony. Wokoło pod nami sporo małych kamyczków. Największa atrakcja tego dnia  przed nami. Stąd też tytuł. Kobylarzowy żleb. 

zejście żlebem

żleb Kobylarza

żleb od dołu

A w nim i łańcuchy i sporo śniegu i całe mnóstwo kamyków. Jestem tu pierwszy raz i bardzo mnie się tutaj podoba. Na początku sekcji łańcuchowej dołączam do dwójki turystów. Szybko sprawnie mijam ten odcinek i wówczas kiedy puszczam łańcuch i wydaje mi się że jest już bezpiecznie but wyjeżdża spode mnie i padam na tyłku podpierając się rękoma. Niby błahostka. A jednak. Na początku nie zauważyłem rozciętej dłoni. Idąc w dół nie zauważam że dłoń przybrała kolor czerwony. Turyści których mijałem oferują pomoc. Strużka krwi ciągnie się za mną. Zejście należy do zejść z gatunku parszywych. W żlebie mnóstwo śniegu, typ kasza, pod nim kamyki. W kilku miejscach jest ślisko. Dłoń kilkukrotnie wpada w śnieg dodatkowo raniąc ją. Na szczęście żleb się kończy. Tam siadam. Pielęgniarz Miś opatruje dłoń. Okazuje się że uszkodzone są opuszki palców. Zdarta skóra. A leje się jak z wiadra. Kolejna okazja do drwin ze strony kolegów. Że taki strong, taki mocny a tu paluszki uszkodzone i cierpi. Niemniej sam żleb jest fajnym odcinkiem. Sekcja łańcuchów. Nie spodziewałbym się. Później nużące zejście do wielkiej plany jaką stanowi Przysłup Miętusi. Tam odbywamy rytualną ucztę. Piękna perspektywa na Zachodnie Tatry. Czas umila nam zespół „Nocny Kochanek”. 

tartan montagna view

ancora

Schodzimy Doliną Małej Łąki. Szybko osiągamy Gronik. Czarnym szlakiem stanowiącym Drogę pod Reglami wędrujemy do Zakopanego. Po drodze wizyta jeszcze w bacówce. Ciekawa opowieść szefowej o wypasie owiec. O tym jak się robi bundz. Jak oscypki. Podglądamy udój owiec. Sielsko, anielsko. Mijamy skocznię. I to co mnie intryguje. Na terenach COS Zakopane biegają narciarze na nartorolkach. Muszę to miejsce koniecznie odwiedzić. Kończymy trip. Czuć w nogach ponad 70-siąt kilometrów w ciągu trzech dni. 
Rozciągamy swe stare kości. 

pielęgniarz Miś opatruje dłoń

Projekt pod roboczą nazwą „trzy dni, tre giorni, trzy pasma górskie”, niestety dobiegł końca. Fantastyczne widoki, cudowne chwile, chwile uniesień i zachwytów. 
Sprawdzona ekipa. Zróżnicowany poziom trudności. Świetny czas. 
Wam wszystkim polecam poza Tatrami niedoceniane Gorce i ultra świetne miejsce jakim jest Diablak i to co oferuje sam masyw. 
Zdjęcia nie oddają tego wszystkiego. Opis też nie oddaje wszystkich pozytywnych emocji. Wrócimy niebawem. 
Buon pomeriggio. 
Czytajcie, oglądajcie.
Ciao.